Najdroższe gofry świata czyli Bałtyk dla krezusów

Udany wypoczynek to zrównoważone połączenie dobrego humoru i sprawdzonego towarzystwa. Brzmi idealistycznie? W rzeczy samej, jest to trochę nierealne. Nie ma się co oszukiwać, że samo miejsce jest bez znaczenia. W końcu na urlop jedziemy odpocząć i dobrze się bawić. Niezwykle więc istotna jest w tym przypadku kwestia kierunku w jakim podążamy. Polska czy zagranica? Morze czy góry? Miasto czy wieś? Takie antagonizmy można tworzyć w nieskończoność. Zawsze otrzymamy tyle samo opinii ilu zapytanych urlopowiczów.

Dla mnie wakacje nieodłącznie kojarzą się z morzem. Ma ono w sobie coś magicznego. Ubóstwiam wręcz ten moment, kiedy wchodzę na wydmę, nasłuchuję krzyku mew oraz szumu fal i zaraz po tym moim oczom ukazuje się wielki błękit. Daleko, aż po horyzont.

I tu pojawia się zasadnicze pytanie. Bałtyk czy może jedno z ciepłych, południowych mórz?

W miniony weekend postanowiłam odświeżyć swoją pamięć o polskim wybrzeżu. Wsiadłam więc w samolot i już po 40 minutach lądowałam w gdańskim słońcu, które u schyłku dnia obiecywało złocistą opaleniznę nazajutrz. Efekt? Wróciłam częściowo wypoczęta i częściowo odchudzona. Właściwie to schudł tylko mój portfel i tak z reguły szczupły, teraz już całkiem bez k(l)asy.

Lubię Bałtyk, nawet jeśli jest tak zimno, że nogi zanurzone w wodzie kostnieją, a skóra sinieje z prędkością ponaddźwiękową. Polskie morze ma pewną specyficzną i trudną do scharakteryzowania atmosferę, która sprawia, że chce się tam jeździć mimo wszystko. Do tej pory odwiedziłam kilka mniejszych i większych tzw. kurortów bałtyckich i zawsze wracałam z przeświadczeniem, że dobrze wykorzystałam swój czas. Ani kiepska pogoda, ani zaśmiecone plaże, ani nawet wszechobecne stosika z chińskim badziewiem nie mogły zniszczyć mojego entuzjazmu z przebywania nad Wielką Wodą. Do czasu. Kiedy kilka lat temu zaczęłam się bawić w modne obecnie (bo dostępne dla każdego!) tanie podróżowanie okazało się, że za porównywalne pieniądze można wyprawić się na urlop zarówno na Kanary jak i na Hel. Co z tego? – zapyta ktoś. Właściwie to nic, pod warunkiem, że wolimy morze o konsystencji i barwie krupniku od lazurowej toni oceanu. Albo, że bardziej odpowiada nam deszcz niż gorące słońce, albo wolimy flądrę od krewetek i tak dalej w ten deseń.

Ja przede wszystkim cenię różnorodność. Z chęcią pojadę zarówno na gorące Wyspy Zielonego Przylądka jak i do Lądka Zdrój. Po prostu lubię poznawać nieznane. Jeśli jednak za tygodniowy urlop w Kołobrzegu muszę zapłacić równowartość wczasów na Majorce – wybór staje się oczywisty. Powód jest banalny. W Hiszpanii znajdę to, po co tam jadę: słońce, czyste plaże, krystaliczne morze, a do tego ciekawe zabytki i uśmiechniętych ludzi. W Polsce, co najwyżej wyłowię pampersa z Bałtyku lub wydam fortunę na rybę z frytkami podaną na „eleganckiej” tekturowej tacce. Choć jest coraz lepiej, nasze ojczyste wybrzeże nadal odstrasza zaniedbanymi krzewami, obdartymi ławkami, tonami śmieci „wyglądającymi” z koszów, zardzewiałymi płotami proszącymi się o pędzel i farbę, niedostatkiem deptaków i przede wszystkim wciąż słabo rozwiniętą bazą noclegową. Bo jak wytłumaczyć fakt, że na 2 tygodnie przed przyjazdem (przed sezonem!) większość dostępnych obiektów to wątpliwej jakości trzygwiazdkowe hoteliki za 150-200 zł za noc w pokoju dwuosobowym? Oczywiście, że da się nieco taniej, ale prywatne kwatery i pensjonaty rządzą się innymi prawami, co nie oznacza, że w dobrej cenie zawsze otrzymujemy dobrą jakość.

Mówiąc ogólnikami – JEST DROGO!  Noclegi, posiłki, transport i wszelkiego rodzaju atrakcje (niekoniecznie tylko dla dzieci) kosztują nad polskim morzem krocie. Ciężko być w tej sytuacji lokalnym patriotą jeśli za te same pieniądze (a niejednokrotnie nawet sporo mniejsze) można spędzić urlop wśród kolorowej egipskiej rafy lub zobaczyć Kapadocję z perspektywy lotu balonem. Jeśli dojdzie do tego bałtycka barowa pogoda lub w przypadku upału – zatłoczone (i w efekcie zaśmiecone) plaże, wymarzone wczasy mogą stać się wstrętnym koszmarkiem, zwłaszcza jeśli zabieramy ze sobą żądne aktywności i wakacyjnych bibelotów dzieci.

Skąd zatem corocznie biorą się tłumy urlopowiczów na sopockim molo albo na plaży w Międzyzdrojach? Jak wytłumaczyć ten fenomen skądinąd dobrze nam przecież znany z Zakopanego? Bariera językowa i obawa przed samodzielnym organizowaniem wczasów to chyba najmniejszy problem w erze wszechobecnych ofert biur podróży, które wyręczają nas niemal we wszystkim. Kiedyś sądziłam, że to sentyment ciągnie nas nad Bałtyk. Później polskie wybrzeże było tańszą alternatywą dla wczasów zagranicznych, zapewniającą namiastkę złotego piasku i odrobiny luksusu. A teraz? Jeśli chcę zaoszczędzić wybieram się za granicę. Paradoks? Chyba nie. Sezon nad Morzem Bałtyckim trwa krótko. Pogoda jest zmienna i nie gwarantuje czekoladowej opalenizny, która jest przecież uznawana za synonim udanych wakacji. Atrakcje turystyczne są drogie (w porównaniu do polskich zarobków), a stołowanie w restauracjach (chyba, że ktoś lubi na wakacjach spędzać czas przy garach) przyprawia o szybsze bicie serca. W Polsce wciąż jeszcze brakuje ciekawych promocji na noclegi, a transport kolejowy pozostawia wiele do życzenia. Na tygodniowe wczasy dla 3-osobowej rodziny trzeba przeznaczyć minimum 3000 zł. Za te same pieniądze będziemy się świetnie bawić w jednym z krajów arabskich w dobrym hotelu z całodobowym wyżywieniem.

Letnie, zagraniczne wojaże przestały już być synonimem luksusu. Powoli staje się nim wypad nad Bałtyk. Zgodnie ze stwierdzeniem, że wczasy taniej spędzać za granicą, na polskim wybrzeżu można spotkać mnóstwo Niemców. Dla nich, podobnie jak dla nas, też jest taniej niż we własnym kraju 🙂

A my, Polacy, i tak będziemy tłumnie odwiedzać Bałtyk każdego lata. Bo czy można sobie odmówić pysznego halibuta w smażalni stylizowanej na kuter rybacki albo świeżutkiego gofra z toną bitej śmietany?

morze

5 uwag do wpisu “Najdroższe gofry świata czyli Bałtyk dla krezusów

  1. No właśnie… Nasz Bałtyk… Też masz tak, że przy wejściu w las przed plażą, plątając się w szyszkach z piaskiem.. czujesz wakacje? To jest to wspomnienie z dzieciństwa, lato, wakacje, coś wspaniałego. Niestety, chyba jednak już dorosłyśmy i widzimy te irracjonalne sytuacje, budki z lodami z maszyny i proszku za 10zł, hotele SPA pełne niemieckich turystów w starszym wieku, „świeże rybki” z zamrażarki itp. Spróbowaliśmy pojechać tam nawet poza sezonem – było jeszcze gorzej, miasta świecą pustkami i poza przyhotelowymi restauracjami, nie ma nawet gdzie iść na kawę. 😦 Na całe szczęście mamy rodzinkę w okolicach Kamienia Pomorskiego, więc czasem wybieramy się na „poszukiwanie skarbów” nad morzem. Ostatnim fajniejszym miejscem był Rewal. Może nie jest to nadal miejsce idealne, aczkolwiek widać, że miasto inwestuje, rozwija się. Widzieliśmy kilka fajnych miejsc, ciekawszych restauracji… Stety-niestety trafiliśmy w długi weekend, więc ludzi było więcej, niż kiedykolwiek, a na dodatek lało niemiłosiernie… A to jest chyba najlepsza puentą tej wypowiedzi 😉
    P.S. „Pampersy w morzu”, teraz to mnie rozbawiłaś do końca, jak tu być poważną w piątkowe popołudnie w pracy…

    Polubione przez 1 osoba

    • W piątek w pracy nie wypada być poważną Moja Droga 😉
      A co do Bałtyku to cóż… Sedno wszystkiego znajduje się w Twoim komentarzu 🙂

      Polubienie

  2. Bałtyk kocham porą wiosenną i jesienną… Kiedy w ubiegłym roku służbowo wylądowałam w lipcu w Sopocie doznałam totalnego szoku… byłam pewna, że ot tu właśnie odbywa się jakaś super ważna impreza, na którą zjechało się pół Polski. Kilka miesięcy wcześniej, miasto to mimo wiejącego wiatru i znacznego chłodu wyglądało bardziej… klimatycznie. Jesienią nie ma już masy obijających się o siebie turystów, nie ma wrzeszczących maszyn gwarantujących wątpliwą atrakcję, tych straganów z chińskim badziewiem… są puste plaże, cisza, spokój a i słońce czasem lubi całkiem ładnie przygrzać 🙂 Ale ja ogólnie lubię podróżować poza sezonem…

    Polubienie

    • Tak, masz absolutną rację. Poza sezonem świat wydaje się piękniejszy 🙂 Nawet zwykle zatłoczone wybrzeże Bałtyku ma swój urok 🙂

      Polubienie

  3. Pingback: Taka ze mnie powsinoga czyli podróżnicze podsumowanie 2014 roku | TRAVELERKA

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s