Co ma piernik do wiatraka czyli weekend w Piernikopolis

Gotyk, piernik i Kopernik to trzy filary, na których opiera się jedno z najciekawszych polskich miast. Nie potrzeba IQ godnego członków Mensy, żeby zgadnąć o jaką miejscowość chodzi. Toruń to marka sama w sobie – miasto idealne na pełen wrażeń weekend, choć atrakcji starczyłoby na wiele tygodni zwiedzania.

DSC_0544

DSC_0617

Kiedy w późny piątkowy wieczór wysiadam z autobusu na kameralnym toruńskim dworcu, moje zmysły przytępione monotonną podróżą od razu zostają postawione w stan pełnej gotowości. Asfalt jest zroszony przejściową mżawką, powietrze pachnie latem i ledwo wyczuwalnym imbirem. Kieruję się na południowy-zachód, w stronę Starego Miasta, skąd piechotą jeszcze tylko kilka minut do hotelu. Po drodze mijam fantastycznie oświetlony Park Etnograficzny i setki spacerujących nieśpiesznie osób. Sprawiają wrażenie jakby donikąd konkretnie nie zmierzali. Zewsząd słychać muzykę, od czasu do czasu ktoś się rubasznie zaśmieje. Jestem tutaj pierwszy raz, ale już czuję się jak w domu. Kiedy zbliżam się do fontanny Cosmopolis muzyka powoli staje się coraz głośniejsza. Czyżby soundtrack z filmu Gladiator? Na ustawionych wokół ławkach nie ma już wolnych miejsc. Tutaj Toruń oddycha pełną piersią. Kilkuletnie dzieciaki z rodzicami, zakochane pary, dystyngowane starsze panie – wszyscy z zachwytem obserwują niesamowicie kolorową grę świateł. Szybko zerkam do przewodnika i już wiem, że fontanna nawiązuje do najsłynniejszego dzieła Mikołaja Kopernika „O obrotach sfer niebieskich”. Ma praktycznie niewidoczną taflę wody, którą przysłonięto granitowymi płytami z wyrytym na nich łacińskim napisem oraz schematem układu heliocentrycznego. Na okręgach, które symbolizują planetarne orbity umieszczono 113 dysz wodnych, z których wydobywa się woda w połączeniu z feerią świetlnych efektów. Fantastyczny spektakl. Stoję tak kilkanaście dobrych minut, zanim w końcu zerkam na telefon. Jest prawie 23:00. Sięgam więc po leżącą na trawie torbę i kieruję się prosto do hotelu. Jestem już zmęczona, a przede mną perspektywa dość intensywnego weekendu. Przed zaśnięciem otwieram szeroko okno. Chcę paść w objęcia Morfeusza nasłuchując odgłosów miasta.

DSC_0780

Pierwszy poranek w Toruniu nie napawa optymizmem. Nocna mżawka przechodzi rano w całkiem solidny deszcz, który zdaje się nie mieć litości. Leżę więc na łóżku i z lekką obawą planuję nadchodzący dzień.

Kiedy tracę już nadzieję na sprzyjającą aurę, do pokoju wpada pierwszy, cieplutki promyk słońca, składając tym samym obietnicę ładnej pogody. Wkładam strój do biegania i jeszcze przed śniadaniem rozpoczynam „zwiedzanie” Bulwaru Filadelfijskiego, który zawdzięcza swoją nazwę miastu partnerskiemu. Dla odmiany w Filadelfii istnieje plac zwany Trójkątem Toruńskim. Truchtając wzdłuż rzeki przypominam sobie pierwsze sceny „Rejsu” kręcone właśnie tutaj. Mijam przystań, na której służbowo wsiedli na statek Stanisław Tym i Jerzy Dobrowolski. Cieszę się chwilą. Jest jeszcze rześko, ale powoli zaczyna się już robić parno. Można stąd zobaczyć Toruń z całkiem innej perspektywy. Wystarczy tylko wsiąść na statek wycieczkowy i cieszyć się 45-minutowym rejsem. Tym razem odpuszczam. Nie mam zbyt dużo czasu, a przecież tyle jest jeszcze do zobaczenia. Zmęczona fizycznie, ale naładowana endorfinami, wracam na śniadanie, żeby zregenerować nadwątlone wysiłkiem siły witalne.

DSC_0569

DSC_0607

Zadaje się, że w ten weekend Toruń przeżywa prawdziwe oblężenie. Hotel pęka w szwach, a i po ulicach kręci się, mimo weekendu i dość wczesnej pory, mnóstwo ludzi.

Wbrew wszelkim zasadom savoir vivre’u powitanie z gospodarzem tego grodu odkładam na później. Pomnik Mikołaja Kopernika zajmuje doczesne miejsce na Staromiejskim Rynku, ale ja na początek wybieram Krzywą Wieżę. Ta najsłynniejsza toruńska baszta odchylona jest od pionu o około 146 cm i sprawia wrażenie jakby zaraz miała runąć z impetem na ziemię. No i proszę! Nie trzeba wcale jechać do Toskanii. Po raz kolejny sprawdza się powiedzenie, że „cudze chwalicie, swego nie znacie”.

DSC_0549

Idąc nieprzerwanie wzdłuż Wisły po lewej mijam spichrz barokowy, a następnie Bramę Klasztorną i Basztę Gołębnik. Pomiędzy Bramą Żeglarską a Bramą Mostową znów spaceruję bulwarem. Po mojej lewej stronie dumnie trwają czerwone, gotyckie mury. Kiedyś broniły miasta, a dziś stanowią jego niewątpliwą ozdobę. Nie widać stąd jeszcze Zamku Krzyżackiego, do którego zmierzam, ale nagłe zagęszczenie turystycznej gawiedzi może świadczyć tylko o jednym. Jestem już blisko. Jeszcze tylko kilka kroków brukowanymi uliczkami i stoję u bram jednej z największych atrakcji miasta.

DSC_0558

Ruiny toruńskiego zamku są pozostałością po pierwszej i jednocześnie najstarszej warowni krzyżackiej na terenie Ziemi Chełmińskiej. Teren budowli jest jedną z trzech części toruńskiego Średniowiecznego Zespołu Miejskiego, wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Choć nie zostało z niego zbyt wiele, nadal robi wrażenie i najwyraźniej stanowi miejsce schadzek lokalnych zakochanych par, których mijam co najmniej kilka.

DSC_0628

DSC_0626

DSC_0630

Zbliża się południe, wracam zatem do hotelu po swoje rzeczy. Kolejną noc w Toruniu spędzam w innym miejscu, z braku wolnych pokojów w tym pierwszym. Oba hotele dzieli od siebie 7 minut spaceru poprzez cudownie zielone i pachnące lasem parki. Mimo dość wczesnej pory, pokój już na mnie czeka. Zostawiam więc walizkę i po krótkim odpoczynku wracam na Stare Miasto. Tym razem zaczynam od strony Wałów gen. Sikorskiego. Przecinam Fosę Staromiejską i już jedną nogą stoję w Centrum Popularyzacji Kosmosu czyli mówiąc po swojsku – w Planetarium. Z oczywistych powodów miejsce to jest niemal obowiązkowym punktem każdego szanującego się programu zwiedzania. Do wyboru są dwie wystawy o początkowo niewiele mówiących nazwach – Geodium i Orbitarium. Ponadto pod kopułą planetarium można zobaczyć kilka projekcji multimedialnych, takich jak choćby „Ziemia – planeta Kopernika” czy „Osiem planet?”. Kupuję bilety na interesujące mnie pokazy i szybkim krokiem oddalam się w kierunku Rynku. Mam tylko godzinę do rozpoczęcia pierwszego seansu więc postanawiam wrzucić coś ekspresem na ruszt. Letnią porą Staromiejski Rynek w Toruniu jest wypełniony przez kawiarniane i restauracyjne ogródki. Jest gwarno, kwieciście i bardzo romantycznie. Niestety nie mam zbyt dużo czasu na rozkoszowanie się chwilą. Zjadam w biegu „metrową” kanapkę i wracam do Planetarium.

Dziś zwiedzam dość intensywnie. Zaraz po skończonym pokazie kieruję się w stronę rzeki, na ulicę Rabiańską. Czeka tam na mnie Żywe Muzeum Piernika. Jest to miejsce niezwykłe. Nie ma w nim zakurzonych eksponatów ukrytych w szklanych gablotach. Jest za to strasznie rozgadana Wiedźma i dowcipny czeladnik, którzy z ogromną dawką humoru zdradzają tajniki wypieku słynnego piernika. Niestety nie mogę zdradzić więcej szczegółów. Jeśli to zrobię język stanie mi kołkiem. Tak przynajmniej twierdzi Wiedźma.

DSC_0721

DSC_0726

DSC_0755

Po piernikowej uczcie przychodzi czas na przechadzkę. Wędruję od jednej zabytkowej kamienicy do drugiej, od pomnika do pomnika, od kościoła do kościoła. Niemal każde miejsce kryje w sobie jakąś tajemnicę, przyciąga magiczną aurą, opowiada inny fragment z bogatej historii miasta. Jedna z najbardziej znanych i jednocześnie moich ulubionych legend dotyczy…kota, który bronił miasta.

W XVII wieku Toruń nawiedziła plaga myszy, które na dobre zadomowiły się w zbożowych spichlerzach. W celu walki z tymi szkodnikami sprowadzono koty, które w zamyśle miały się z nimi rozprawić. Jeden z sierściuchów był jednak bardzo leniwy i nie interesowała go pogoń za myszami. Lubił za to bardzo przechadzać się wieczorami po miejskich murach, czym z resztą pozyskał sobie sympatię strażników, dla których stał się niemal jak członek rodziny. Wszystko toczyło się powoli, aż do  pamiętnego dnia 16 lutego 1629 roku, kiedy pod mury miasta przybyli Szwedzi. Rozpoczęła się nierówna walka w obronie Torunia, jednak mieszkańcy grodu z trudem odpierali ataki najeźdźców. Z pomocą przyszedł im wtedy leniwy kot. Swymi pazurami zranił podobno niejednego wroga, a kiedy w końcu udało się pokonać najeźdźcę władze miasta doceniły poświęcenie zwierzaka. Jego pamięć uczczono nadając niektórym toruńskich basztom nazwy nawiązujące do kocich części ciała. I w ten oto sposób wieże znajdujące się po stronie północnej miasta nazwano – Kocim Łbem, Kocim Ogonem, Kocimi Łapami,  a barbakan broniący Bramy Chełmińskiej – Kocim Brzuchem. Niestety do dzisiaj zachowała się jedynie baszta Koci Łeb na ulicy Podmurnej.

DSC_0554

Wieczorem, zgodnie z flisacką tradycją miasta, wybieram się na tour de knajpa. Na samej tylko Starówce doliczam się kilkudziesięciu takich przybytków. A ponoć jest ich ponad 200. Większość mieści się w piwnicach, do których dotrzeć można tylko w jeden sposób – schodząc stromymi, kamiennymi schodami. To prawie zupełnie tak jak wtedy, kiedy Toruń był jednym z ważniejszych punktów na trasie spływu do morza i znajdowało się w nim mnóstwo zajazdów i tawern dla flisaków.

Do hotelu wracam późno, ale wcale nie zamierzam dać za wygraną i udać się na spoczynek. Z okien pokoju mruga do mnie na pomarańczowo napis Cinema. Szybki rekonesans repertuaru w internecie i już kilkanaście minut później, jako jedna z nielicznych, siedzę wygodnie w fotelu. Oglądam raczej mało ambitne dzieło amerykańskie pt. Herkules, ale po całym dniu w Toruniu, bardzo podoba mi się ten bajkowy klimat.

 W niedzielę budzę się dość późno. Jednak tuż po 10:00, jako jeden z pierwszych gości wkraczam do magicznego świata Tony’ego Halika, który obecnie mieści się w muzeum jego imienia na ulicy Franciszkańskiej, nieopodal Planetarium. Bez wątpienia to miejsce ma duszę. Muzeum Podróżników jest oddziałem Muzeum Okręgowego w Toruniu. Udostępniono je zwiedzającym w 2003 roku. Jego powstanie zainicjował dar ponad 800 eksponatów kultur pozaeuropejskich przekazany mieszkańcom Torunia w 1999 r. przez Elżbietę Dzikowską, znaną podróżniczkę i dziennikarkę, a prywatnie żonę Halika. Ofiarowany zbiór artefaktów był plonem wielu ich wspólnych wypraw po świecie. Po śmierci Tony’ego Halika pamiątki podróżnicze trafiły do Torunia, nota bene jego rodzinnego miasta. Czas w muzeum mija niespodziewanie szybko.

DSC_0688

Nim docieram do ostatnich eksponatów nadchodzi czas otwarcia jednej z interaktywnych wystaw w Planetarium, na którą mam już bilet. Oglądam Orbitarium, potem Geodium, a na końcu przenoszę się w przestrzeń międzygwiezdną podczas seansu „Osiem planet?”. Tym oto gwiezdnym akcentem kończy się mój weekend w Toruniu. Kilka godzin później wspominam już tylko gród Kopernika sącząc kawę na swoim balkonie i szukam na niebie konstelacji Wielkiej Niedźwiedzicy. Przecież gdzieś tam musi być…

Toruń, w przeciwieństwie do Warszawy czy Gdańska nie doznał większych zniszczeń podczas II wojny światowej. Dzięki temu szczęśliwemu zbiegowi okoliczności jego światowej rangi dziedzictwo jest jak najbardziej autentyczne. Szybko minie tu zarówno jeden dzień jak i cały tydzień. Nikt z pewnością nie opuści tego miasta nie ulegając jego czarowi i tajemniczej magii.

DSC_0779

DSC_0694DSC_0542

Dzięki uprzejmości grupy Accor Hotels pierwszą noc w Toruniu spędziłam w hotelu Ibis Budget Toruń, który położony jest tuż przy Starym Mieście, mniej więcej na wysokości Bulwaru Filadelfijskiego. Błyskawiczne zameldowanie, mimo dość późnej pory i kurs zwiedzania w pigułce zaserwowany przez sympatycznego recepcjonistę był całkiem miłym zwieńczeniem męczącego dnia. Sam pokój, choć niewielkich rozmiarów, miał wszystko czego można oczekiwać od budżetowego noclegu – wygodne łóżko z pachnącą pościelą, czystą łazienkę i zestaw kosmetyków dla zapominalskich. Największym jednak zaskoczeniem było śniadanie. W porównaniu do innych hoteli tej z samej kategorii gwiazdkowej, posiłek zaserwowany w Ibisie to prawdziwa uczta. Świeże warzywa, pachnące pieczywo i duży wybór typowo śniadaniowych smakołyków to świetny początek dnia, nawet dla najbardziej wymagających.

DSC_0490

DSC_0501

Drugą noc w Toruniu, spędziłam w czterogwiazdkowym Mercure Toruń Centrum sąsiadującego ze Starym Miastem w jego północno-zachodniej części. Obsługa hotelu to bardzo profesjonalny i zgrany zespół. Na miejscu spotkała mnie bardzo przyjemna niespodzianka. W pokoju czekał imienny, powitalny list i zapewnienie o wysokiej jakości świadczonych usług. Z okien hotelu roztacza się piękny widok na pobliską Starówkę.

MERCURE2

Dworzec autobusowy położony jest zaledwie 15 minut spacerkiem od hotelu, a tuż obok, po drugiej stronie ulicy stoi Cinema City (dla wszystkich, którzy nie mają dość zwiedzania). W łazience znalazłam zaspokajające moje ekologiczne zboczenie informacje dotyczące oszczędzania wody i energii. Zdecydowanie jednak oba hotele z powodzeniem wpisują się kategorię „zielonych”, co bardzo mnie cieszy. A wszystko to w bardzo przyjemnej dla oka oprawie. Do gustu przypadła mi zwłaszcza hotelowa restauracja Winestone. Darmowa lampka wina do zamówieniu była zdecydowanie na plus :).

DSC_0674

DSC_0678

I jeszcze na koniec słynny toruński suchar, którym poczęstowano mnie w Ibisie 🙂

„Co ma piernik do wiatraka?

– Wiatrak może się spierniczyć”

15 uwag do wpisu “Co ma piernik do wiatraka czyli weekend w Piernikopolis

  1. Dzięki Twojej relacji znów przeniosłam się do Torunia. Uwielbiam to miasto. Za każdym razem odkrywam tam coś nowego, niezwykłego. Lubię tam wracać. I wiem, że te powroty nigdy mi się nie znudzą.

    Polubione przez 1 osoba

    • Wcale Ci się nie dziwię. Toruń jest naprawdę niezwykły. Nie wiem jak wygląda zimą, ale latem jest niesamowicie klimatycznym miastem 🙂

      Polubienie

    • Byłam w lutym w Toruniu, ale tegoroczna zima mało zimę przypominała, więc miasto niewiele się różniło od swojego letniego wizerunku. Tyle, że było chłodniej. Ale Wisła była niesamowita. Zauroczyły mnie kry na wodzie.

      Polubienie

  2. Co do Torunia… Miasto faktycznie przepiękne, ale ze względu na to, że pochodzę spod Bydgoszczy, to raczej nie powinnam się więcej wypowiadać (jeżeli wiesz, o co chodzi 😉 ). W każdym razie, w samym Piernikolandzie znam jeszcze kilka fajnych miejsc, moim ostatnim odkryciem jest kawiarnia w stylu „Przyjaciół”. Taka wyposażona na styl „Friends”, z grami planszowymi o serialu, zdjęciami na ścianach, z odcinkami puszczanymi każdego dnia itd… Coś dla friends-freaków takich, jak ja. Polacam 🙂

    Polubienie

    • Coś na temat tego „lubienia” wiem 🙂
      A co do kawiarni to dzięki za cynk. Mam Toruń w planach jeszcze raz w przyszłym roku, więc na pewno się wybiorę. Zwłaszcza, że uwielbiam friendsów 🙂

      Polubienie

  3. W Toruniu byłam raz. I jakoś mi się nie spodobało. Później kumpela była tam kilka razy i przywoziła masę świetnych zdjęć. Od tamtego czasu stwierdzam, że muszę znów wrócić do Torunia i spojrzeć na niego bardziej łaskawym okiem 🙂

    Polubienie

  4. Pingback: Taka ze mnie powsinoga czyli podróżnicze podsumowanie 2014 roku | TRAVELERKA

  5. Pingback: Gdzie jechać w 2015 roku? POLSKA | Zależna w podróży | Gdzie jechać w 2015

  6. Pingback: TRAVELERKA

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s