Belgia 2014 – relacja z wyjazdu

Uważają się za wynalazców frytek i saksofonu. Uwielbiają popcorn, ale przed spożyciem wolą go posłodzić niż posolić. W ich kraju produkuje się ponad 220 tysięcy ton czekolady rocznie, a symbolem biurokratycznej stolicy jest posążek nagiego, sikającego chłopczyka. Kraj absurdów? Skądże! To tylko Belgia. Stara, dobra flamandzka kraina, bliska naszemu podniebieniu, bo mlekiem i miodem płynąca.

Nadeszła jesień. Zrobiło się trochę nostalgicznie i sentymentalnie. Przyszedł czas rozliczeń i podsumowań. Ruszyłam zatem do Belgii. Od dawna już przekładana wizyta u towarzyszki niedoli z czasów studenckich doszła wreszcie do skutku. Celem tego wyjazdu, jak można się łatwo domyślić, była podróż w czasie – do wspólnych wspomnień sprzed wielu już lat. Wypad się udał, a jakże! Starczyło czasu na ploteczki, na degustację słynnego belgijskiego piwa w doborowym towarzystwie, na śmichy-chichy przy kopie frytek i na dziewczyńską sesję fotograficzną w jednym z najbardziej romantycznych miasteczek Europy. Ot, taki po prostu powrót do przeszłości tyle tylko, że wehikuł czasu nie był napędzany prądem a procentami :).

Poleciałyśmy we trójkę. Niewielkie opóźnienie samolotu przy starcie w Warszawie uruchomiło lawinę nieprzewidzianych zdarzeń już po wylądowaniu na lotnisku w Charleroi. Jak się okazało teoretycznie prosty dojazd do niewielkiego Mol może stanowić wyzwanie niczym podróż na Księżyc. Tym sposobem całkiem spokojny piątkowy wieczór zakończył się dopiero w środku sobotniej nocy.

Żadna z nas nie jest typem rannego ptaszka toteż nasz pierwszy weekendowy poranek w Belgii rozpoczął się nieco później niż przewidywały założenia planu zwiedzania. Do Brugii dotarłyśmy przed południem, ale z racji niewielkich rozmiarów miasteczka udało nam się zobaczyć prawie wszystko to, co w tym miejscu najlepsze.

Po drodze z dworca kolejowego do centrum nabrałyśmy tylko apetytu na to co czeka nas dalej. Sąsiadujący ze stacją kanał otoczony cudowną zielenią zadbanej trawy i powoli już żółknących liści to kwintesencja relaksu na świeżym powietrzu nawet w dużym mieście. Pomimo obfitego śniadania, nagle zapragnęłam legnąć gdzieś na tym soczystym dywanie i spałaszować kolejny posiłek.

Nie spiesząc się wcale wybrałyśmy najbardziej okrężną drogę jaką tylko udało nam się wytyczyć na mapie i powoli zmierzałyśmy tam, gdzie codziennie udają się setki turystów – na Starówkę, wpisaną na listę zabytków UNESCO. Przez cały spacer ani razu nie natknęłyśmy się na nachalne i szpecące reklamy. Wszystkie budowle były wspaniale zachowane lub pieczołowicie odrestaurowane.

IMG_1499

IMG_1637

IMG_1646

Jak okiem sięgnąć widać, że ich współcześni lokatorzy zadbali o to, by miasto nie straciło nic ze swojego dawnego uroku i w dalszym ciągu było równie malownicze jak przed wiekami. Samochód w takich wąskich uliczkach nie sprawdziłby się w ogóle. Spacerując tym brukowanym labiryntem mijałyśmy wiele dawnych kanałów, w większości niestety zamulonych, ale wciąż otoczonych starymi domami z kamienia oraz niezwykle uroczymi mostkami pozwalającymi przejść na drugą stronę. Choć nie jestem fanką zwiedzania obiektów sakralnych, w Brugii dałam sobie dyspensę na trzymanie się moich turystycznych zasad. Spośród wszystkich obejrzanych przez nas świątyń najciekawsza wydała mi się bazylika Heilige Bloed Basiliek wzniesiona przy Burg Square. Wybudowana w środku gotycka kaplica skrywa podobno relikwiarz z krwią Chrystusa. Równie dobre wrażenie wywarły na mnie Onze Lieve Vrouwkerk z oryginalną rzeźbą Michała Anioła oraz Jerusalem Kerk z cudownie kolorowymi witrażami.

IMG_1641

Na starówkowy deser wybrałyśmy wieżę Belfry, z której jak okiem sięgnąć rozpościerał się ciemnopomarańczowy kolor brugijskiej architektury przypominający obrazek z innego świata.

top view to Bruges, Belgium

Choć wspinaczka po schodach na sam szczyt stanowiła nie lada wyzwanie, warto było podjąć ten trud gdyż uczta dla oczu okazała się wprost niebiańska. Na szczęście dla tych, którzy z kondycją stoją na bakier, oprócz wspaniałego widoku, wieża oferuje również sporą dawkę historii. To w niej mieści się dzwon, którego dźwięk towarzyszył niegdyś wszystkim najważniejszym wydarzeniom w mieście. Kto wie, może będziecie mieli szczęście i zabrzmi podczas Waszego pobytu? :).  My go nie miałyśmy więc na pocieszenie wskoczyłyśmy do kanału… Może na pierwszy rzut ucha nie brzmi to zbyt zachęcająco, ale co by tu nie mówić – jest to jedna z największych atrakcji miasta. Poznanie Brugii bez skorzystania z rejsu łódką po kanałach nie jest do końca możliwe gdyż w cenie biletu otrzymacie coś więcej niż tylko relaksującą przejażdżkę.

IMG_1493

IMG_1513

W pakiecie z rejsem kupujecie pół godziny czasu charyzmatycznego kapitana-poligloty, który opowie Wam o mieście w trzech językach – po francusku, flamandzku i angielsku. Po pełnej wrażeń przejażdżce zorientowałyśmy się, że właśnie minęła pora obiadowa zatem kolejnym, całkiem naturalnym punktem naszej wycieczki stał się przybytek dumnie zwanym barem z frytkami. Belgowie kochają frytki. Grube, mięsiste, lekko złotawe, ale nie spieczone, z majonezem, rzadziej z ketchupem – to właśnie one podbiły świat na długo przed tym zanim pojawił się McDonald’s. Po krótkim odpoczynku i z pełnymi brzuchami sił starczyło nam już tylko na zakupy na fascynującym targu staroci położonym przy głównym kanale i wieczorne piwo, z którego słynie Brugia na świecie.

Niestety z braku czasu w odstawkę poszły lokalne muzea, które zajmują dość szczególne miejsce w życiu miasta. Oprócz tradycyjnego obcowania ze sztuką i historią regionu można w nich zdegustować miejscowe przysmaki albo zobaczyć jak powstają brylanty. Słynne na całą Belgię Muzeum CzekoladyMuzeum Frytek czy Muzeum Diamentów to typowe must see, kiedy już znudzicie się cudowną architekturą i romantyczną atmosferą miasta. Jeśli wygospodarujecie trochę więcej czasu to z całego serca polecam również Groeninge Muzeum ze zbiorami malarstwa przedstawicieli Szkoły Flamandzkiej.

Niestety jeden dzień w tej flamandzkiej Wenecji (choć mi bardziej przypomina Amsterdam) to zdecydowanie za mało, żeby zobaczyć totalnie wszystko z czego słynie miasto. Warto o tym pamiętać podczas planowania wypadu w tamte rejony. Kiedy późnym wieczorem wracałyśmy na dworzec kolejowy, pomimo ogromnej dawki wrażeń, czułyśmy ogromny niedosyt.

Kolejnego dnia przyszła pora na nowy dom naszego starego premiera. Bruksela, bo o niej mowa ma do zaoferowania coś więcej niż tylko urzędniczy nieład i biurokratyczną sztywność wykrochmalonych kołnierzyków. Warto jej poświęcić trochę więcej czasu niż kilka godzin, które miałyśmy do dyspozycji. Może nie jest tak subtelna i romantyczna jak Brugia, ale z pewnością warto zachodu.

IMG_1703

W samym sercu Brukseli znajduje się Grand Place, podobno jeden z najładniejszych rynków Europy i to właśnie tam udałyśmy się w pierwszej kolejności po opuszczeniu dworca. Od razu dało się  zauważyć, że miejsce to jest niezwykle lubiane zarówno przez lokalnych mieszkańców jak i turystów. Pomimo dość wczesnej pory panował tam niesamowity ruch, a lokalne knajpy wprost kipiały życiem. Na placu królował wspaniały gotycki ratusz, otoczony XVII-wiecznymi domami cechów kupieckich, które moim zdaniem przyciągną uwagę nawet totalnego ignoranta w dziedzinie architektury. Jednak najbardziej szczególnym obiektem wydał mi się Dom Króla. W tym XVI-wiecznym niegdyś pałacu mieści obecnie Muzeum Miejskie z imponującą kolekcją ceramiki i wyrobów ze srebra, będących dumą miasta. Choć moje zainteresowania podążają w dość odmiennym kierunku miło było nacieszyć oczy imponującą fasadą budynku.

Dość szybko dotarłyśmy na wzgórze Treurenberg, na którym stoi chyba największa atrakcja Brukseli – Katedra św Michała i św Guduli.  Stamtąd już blisko do niemal równie słynnego posążka zwanego Manneken Pis. Ta pochodząca z 1619 roku fontanna przedstawia małego, siusiającego chłopca, który jakby na to nie patrzeć w ciągu ostatnich lat stał stał się nieoficjalnym symbolem miasta. Mało kto wie jednak, że w mieście istnieje druga równie niefrasobliwa dziecięca rzeźba – Jeanneke Pis, czyli siusiająca dziewczynka. Mieści się ona po drugiej stronie rynku, ale z niewiadomych przyczyn nie stałą się  tak słynna jak jej męski odpowiednik :).

Rzutem na taśmę zdążyłyśmy jeszcze zajrzeć (dosłownie, bo przez okna na dziedzińcu) do Parlamentu Europejskiego. Nawet bez wchodzenia do środka, gmach robi ogromne wrażenie. Przez chwilę można nawet odnieść wrażenie, że to tutaj znajduje się centrum zarządzania światem, a nie tylko Europą :).

Niestety czas pędził nieubłaganie, a godzina wieczornego odlotu zbliżała się w ekspresowym trybie. Nie tracąc chwili na rozmyślania jednogłośnie postanowiłyśmy pójść za głosem żołądka i uczcić nasz pobyt w Brukseli prawdziwym belgijskim waflem. Tym słodkim akcentem pożegnałyśmy ojczyznę frytek. I znów jednogłośnie – nie na długo!

Kiedy tuż po północy, zmęczona dotarłam do domu nie mogłam uwierzyć, że jeszcze 4 godziny wcześniej degustowałam belgijskie piwo w jednym z najważniejszych miast świata. Ale z podróżami tak to jest. W ciągu kilku godzin potrafią całkowicie odmienić naszą perspektywę :).

13 uwag do wpisu “Belgia 2014 – relacja z wyjazdu

    • 🙂 Żałuję bardzo, że nie starczyło na nie czasu, bo podobno jest kapitalne 🙂 Ale z drugiej strony nie wiem jakby na tej wizycie wyszedł mój pasek, czy starczyłoby potem dziurek? 😉

      Polubienie

  1. Ja też nie byłam w muzeum Czekolady, ale na szczęście pralinek zjadlam sporo. I duzo piwa wypiłam. I ze zdziwieniem odkryłam, że ostrzeżenia o nudnej Belgii i Brukseli nie są prawdziwe.

    Polubienie

    • Haha, to tak jak ja 🙂 Muzeum Czekolady w moim wydaniu to byłby gwóźdź to trumny 😉
      A piwko mają wybornę – i mówi to antyfanka złocistego trunku 🙂

      Polubienie

  2. ostatnie zdanie podsumowało idealnie cały wyjazd i szalenie mi się spodobało. 🙂
    w Belgii jeszcze nie byłam, ale o Brugii marzę od dość dawna, tyle już się nasłuchałam i naczytałam o niej, że chętnie bym się sama tam znalazła. może kiedyś, bo na razie chyba trzeba będzie przystopować z podróżami (w co sama nie wierzę, ale na razie się tego trzymam), bo wypada zająć się wreszcie uczelnią. 😉
    pozdrawiam.

    Polubienie

    • Madusia uczelnia nie zając, nie ucieknie 🙂 Brugia jest przepiękna i jeśli tylko nadarzy Ci się okazja to kupuj bilet i leć. A jak wrócisz to pisz relację i zachęcaj kolejnych do odwiedzenia tego cudnego miasta 🙂

      Polubienie

  3. Popcorn na słodko nie jest taki zły, ale zdecydowanie wolę solony 🙂 Ale i tak chyba najbardziej charakterystyczna jest belgijska czekolada. Nawet ta niesamowita architektura jej nie przyćmi 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  4. Pingback: Taka ze mnie powsinoga czyli podróżnicze podsumowanie 2014 roku | TRAVELERKA

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s