Droga do nieba wiedzie przez piekło? Z Chile Chico do Cochrane

„Nie mam już siły! Nie dam rady! Po co ja się na to pisałam?” – krzyczałam do samej siebie, bo wokół nie było nikogo. Tylko wszechobecny deszcz i huraganowy potwór, o którym powiedzieć wiatr, to tak jakby nie powiedzieć nic.

Łzy bezsilności płynęły mi po policzkach. A może to krople deszczu? Zgrabiałe z zimna dłonie spuchły do rozmiaru bochna chleba. Z butów wypływały rwące strumienie, a mokre legginsy lepiły się do ciała niczym druga skóra. Z pewnością wyglądałam bardzo profesjonalnie.

Teoretycznie wiedziałam w co się pakuję, ale co innego myśleć o kłopotach, a co innego doświadczać ich na własnej zziębniętej skórze.

Co ja bym teraz oddała za wigilijne uszka z grzybami i ciepły kaloryfer? Chcę do domu…

 

„Cudnie tutaj” – pomyślałam obserwując Chile Chico z niewielkiego wzniesienia u wylotu miasta. Wielki Błękit gdzie okiem sięgnąć. Jezioro General Carrera aż po horyzont. Wspaniały widok. Hipnotyzujący i magiczny. Tak właśnie wyobrażałam sobie to miejsce.

image

imageWiatr wyrwał mi z dłoni fragment mapy…

Droga wyjazdowa z Chile Chico pięła się wysoko w górę po kamieniach skąpanych w suchym piachu. Koszmar zarówno dla rowerzysty jak i dla piechura. W dodatku ten nasilający się z każdą minutą wiatr… Zaczęło się. Patagonia pokazuje kto tu rządzi. Stałam tak przez chwilę próbując ze wszystkich sił nie runąć na ziemię z moim całym rowerowym majdanem, gdy nagle, tuż obok, zatrzymała się niewielka ciężarówka. „Wskakuj. Podrzucimy Cię kawałek” – powiedział brodaty Chilijczyk. Jego kumpel pokiwał głową w geście aprobaty.
Dwa razy powtarzać nie musiał.
Ten „kawałek” okazał się być całkiem spory, bo piętnastokilometrowy. Choć w perspektywie miałam jeszcze prawie 200 km do Cochrane, niemal skakałam ze szczęścia, że udało mi się wydostać z tej wietrznej dolinki. Radość okazała się przedwczesna. Prosta droga nie oznaczała bynajmniej bardziej wydajnej jazdy. Tak jakby w akcie zemsty za to „oszustwo”, wiatr stał się jeszcze silniejszy. W pocie czoła pokonywałam kolejne odcinki, przeklinając w duchu pogodę, we wszystkich znanych mi językach.

Nagle zza gór ponownie wyłoniło się jezioro.

image To był początek najwspanialszej trasy jaką kiedykolwiek jechałam. Żadne fotografie, żadne słowa ani żadne filmy nie będą nigdy w stanie oddać urody tych epickich krajobrazów.
Carrera General to majstersztyk natury. Nieskazitelna przyroda w jej najwspanialszej postaci. Monumentalne góry wpadające do gładkiego jak lustro jeziora. Niebezpieczne urwiska i błękitne laguny zagubione gdzieś pośród skał. Gauchos na swych rumakach otoczeni stadkiem owiec. Rwące rzeki i niewielkie zielone pastwiska. Bajka.image

imageTak szybko jak tylko droga odbiła na wschód od jeziora, zaczęły się lasy i zelżał wiatr. Na drodze co rusz pojawiały się stadka królików i wolno pasące się konie. Ciekawskie lecz niesamowicie płochliwe. Kiedy jechałam podbiegali z zainteresowaniem. Kiedy jednak przystawałam na chwilę, by wyciągnąć aparat, rozpierzchały się na wszystkie strony niczym fragmenty dmuchawca.
Droga pogarszała się z każdym kilometrem. To były piękne kilometry.image

imagePo drodze do Cochrane zajrzałam do Puerto Guadal – wioski z tych, gdzie diabeł mówi dobranoc. Oprócz pocztówkowego widoku na jezioro nie ma tam nic interesującego. Jednak właśnie dla tego widoku warto tam pojechać. Stamtąd do celu pozostało mi już tylko niecałe 80 km – najtrudniejsze w dotychczasowej podróży.image

Kilkanaście kilometrów za Guadal zaczął padać deszcz. Po chwili dołączył wiatr i tak już ze mną zostali, aż do Cochrane.image

„Nie wytrzymam już!” – ta myśl wracała do mnie jak bumerang.

Szalenie kręta i żwirowa droga, momentami pionowe wręcz zjazdy nie mogły się skończyć inaczej jak tylko wywrotką. Szczęśliwie przy pierwszym ucierpiała tylko sakwa, pośladek i moja duma. Na kolejnym, o palmę pierwszeństwa w stłuczeniach zawalczyła noga i łokieć, ale całą potyczkę wygrały getry, które rozdarły się w najbardziej strategicznym miejscu, w jakim tylko mogły.

imageMokra, przemarznięta i głodna jechałam od kilku godzin szukając miejsca na nocleg, które choć odrobinę byłoby osłonięte od wiatru. Niestety wzdłuż Rio Baker ciągnął się las – gęsty i nieprzychylny żadnemu namiotowi. Tam gdzie kończyły się drzewa, zaczynały się kamienie. I nagle ją zobaczyłam. Niewielka, trawiasta polanka z rządkiem krzewów dookoła.

W strugach deszczu i z łomotem wiatru w uszach zasnęłam tego wieczora jak kamień. Nie przeszkadzało mi wilgotne ubranie ani potłuczony zadek. Spałam snem sprawiedliwego.

Reszta drogi upłynęła w równe miłej atmosferze wyziębienia, zniechęcenia, zmęczenia i ogólnej irytacji. Patagoński żywioł nie odpuszczał, a ja coraz bardziej traciłam siły. I wtedy, kiedy myślałam, że gorzej już być nie może, droga zamieniła się w „tarkę”. Pofałdowana niczym karbownica i twarda jak mięśnie Pudziana droga wylała ze mnie wszelką nadzieję, że do wieczora będę już w Cochrane. Ciężko było pod górę, jeszcze ciężej z górki. Mdliłam się w duchu, żeby obciążone sakwami bagażniki wytrzymały ten „shake dance”.

18 km do celu. Tylko tyle i aż tyle.

Po dwóch godzinach byłam wciąż w połowie drogi. Krajobrazy przysłaniały deszczowe chmury, a ja przestałam mieć czucie w dłoniach.

Minęły mnie dwa osobowe auta. Oba zwolniły. Kierowcy spytali czy wszystko w porządku, a ja z uśmiechem na ustach potwierdziłam. „Wariatko Ty!” – zganiłam się w myślach za ten akt głupoty w czystej postaci.

Odjechali, a ja znów zostałam sama – zła na siebie i na rower. I na pogodę. I na mokre buty i zesztywniałe dłonie. Tak bardzo zacietrzewiłam się w tej złości, że nie zauważyłam małej ciężarówki, która zatrzymała się zaledwie kilka metrów za mną. Kiedy jej właściciel podszedł do mnie z propozycją podwózki, ze strachu prawie zrzuciłam rower w przepaść.

Podczas gdy niezdarnie gramoliłam się na pakę, rezydujący tam pies wielkości cielaka, zdawał się równie mocno zaskoczony moim towarzystwem jak ja jego. Ale nic nie powiedział ;).

A jednak tego wieczora dotarłam do Cochrane. Opatrzność czuwa.

Pięknie tu.image

10 uwag do wpisu “Droga do nieba wiedzie przez piekło? Z Chile Chico do Cochrane

  1. Gdy będziesz przeżywała trudniejsze chwile pomyśl o tych, którzy zazdroszczą Ci miejsca, w którym jesteś 🙂 Teraźniejszość jest trudna, lecz po zwycięskiej walce pozostają cudowne wspomnienia! Trzymam mocno kciuki!

    Polubienie

  2. Nie zazdroszczę pogody, na pewno można pozazdrościć widoków, ale przede wszystkim determinacji! Podziwiam i trzymam kciuki za kolejne odcinki wyprawy! 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  3. Ciężko, ale to po prostu Patagonia. Zaczęłaś swoje rowerowe przygody ambitnie i trzeba powalczyć 😉 Teraz będzie już tylko z górki ( czasami.. ;).
    Powodzenia!
    ps. jak się tam w końcu wybiorę to zacznę od lektury twojego bloga 😉

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s