Ruta nr 9 czyli koniec przygody z rowerem

Na zewnątrz hulał wiatr, a w środku miło trzaskało drewno w piecyku. Było ciepło i przytulnie. W dłoni dzierżyłam tykwę z yerba mate.
I pomyśleć, że jeszcze rano w perspektywie miałam namiot i kolejną nieprzespaną z zimna noc. Ten kraj i jego mieszkańcy nigdy nie przestaną mnie zadziwiać.

Ruta 9 to ostatnia krajowa szosa, z którą przyszło mi się zmierzyć podczas mojej tułaczki po Chile. Tablice informacyjne tytułują ją dumnie – droga na końcu świata. W porównaniu do słynnej siódemki stanowi miłą odmianę dla strudzonego rowerzysty. Utwardzona, w przeważającej części płaska, wbrew pozorom mało ruchliwa.
Kiedy jednak na horyzoncie pojawiła się panorama Puerto Natales ogarnął mnie smutek. To już ostatnia trasa na rowerze podczas tej podróży. Moja przygoda na dwóch kółkach powoli dobiegała końca.image
250 km, które dzieliło mnie od Punta Arenas zaplanowałam na 3 dni. Na początku wiatr mi sprzyjał. Pędziłam z zawrotną prędkością niemal nie poruszając nogami. Kierowcy machali, psy z okolicznych gospodarstw szczekały, a ośnieżone szczyty gór w oddali nieodmiennie wytrzeszczały mi oczy z zachwytu. Jak ja za tym tęskniłam, kiedy kilka dni wczesniej w pocie czoła wymijałam kolejnych turystów na jednej z odnóg słynnego W-Circuit w Torres del Paine. Wspaniałe uczucie! To właśnie wtedy dotarło do mnie, że zaraziłam się cyklozą :). Zrozumieją tylko inni zainfekowani.image

Mniej więcej po 40 km, sprzyjający mi dotychczas, wiatr zmienił zdanie i kierunek. Zamiast w plecy zaczął wiać w bok. Z ogromną siłą spychał mnie do środka jezdni, podnosząc adrenalinę za każdym razem, gdy w oddali pojawiała się sylwetka jakiegoś pojazdu. Tych jadących za mną na szczęście nie widziałam. Po pewnym czasie wiatr przybrał na sile tak bardzo, że nie byłam w stanie utrzymać równowagi. Zaczęłam więc prowadzić rower, niestety z dość marnym skutkiem. Wszechobecne wuuuuuu było na tyle przeraźliwe, że nie usłyszałam jak wielka ciężarówka jadąca za mną już od dłuższego czasu zwalnia i zjeżdża na pobocze.

Hola! – wykrzyknął ktoś z tylu. Widziałem Cię dziś w Puerto Natales. Jedziesz do PUnta Arenas?

Zdarzyłam jedynie odpowiedzieć – Hola!, a już usłyszałam kolejne pytanie.

– Zbieramy śmieci z okolicznych gospodarstw. Podrzucić Cię z 10 km?

Mój uśmiech odpowiedział za mnie. I tym sposobem rower wylądował razem ze śmieciami, a ja zajęłam 4 miejsce w 3-osobowej kabinie :).image

– Gdzie zamierzasz spać – zapytał jeden z porządkowych
– Jeszcze nie wiem. Mam namiot. Poszukam jakiegoś miłego miejsca na kemping
– Zapytaj w tym domu – powiedział wskazując palcem na niewielki budynek wyglądem przypominający raczej blaszany garaż. – Mają duże podwórko, może się zgodzą – dodał.

Zrobiłam jak radził.
– Nie przy takim wietrze Kochanie! – powiedziała pulchna właścicielka. Za domem jest taki mały budynek. Trzymamy go dla sezonowych robotników. Masz tam łóżko i bieżącą wodę. Mój mąż zaraz napali Ci w piecu. Pasuje?

Więcej niż pasuje! Cudownie! Czy wspominałam już, że uwielbiam Chilijczyków?

Było dopiero po 17:00, kiedy usiadłam pod ścianą w pobliżu nagrzanego już pieca. W przypływie weny twórczej zaczęłam przelewać na iPada wspomnienia z ostatnich dni.
Obudziłam się jakieś 2 godziny później w dalszym ciągu w pozycji siedzącej :). Dość pisania na dziś – pomyślałam. Tamtej nocy spałam wyjątkowo twardo. Wiatry południa potrafią dać nieźle w kość. Nie sądziłam jednak, że to taki wspaniały środek nasenny!

Ranek przywitał mnie deszczowo bez nadziei na poprawę. Podziękowałam więc za gościnę i ruszyłam przed siebie, tam gdzie horyzont zdawał się mieć jakikolwiek kres.

image
To był długi dzień. Długi i trudny. Pełen dokuczliwego wiatru i zacinającego deszczu. Kiedy w pocie czoła dotarłam do Villa Tehuelches, wioski położonej ok. 100 km na północ od Punta Arenas, los ponownie się do mnie uśmiechnął.
Do sklepu, w którym uzupełniałam zapasy wpadli po sprawunki Pedro i Carmen – miła para jadąca właśnie do Punta Arenas swoim nieco już wysłużonym pick upem. Od słowa do słowa zaproponowali mi podwózkę, kolację i nocleg u siebie w domu. Śniadanie dostałam gratis do noclegu, a i obiadu u ich córki też nie odmówiłam :).
Pokazali mi miasto, pomogli znaleźć hostel na kolejne dni, a na pożegnanie obdzwonilo wszystkich znajomych, którzy byliby chętni kupić ode mnie rower.
Niestety okazało się to dużo trudniejsze niż na początku myślałam.

W Punta Arenas znajduje się tzw. zona franca czyli strefa wolnocłowa. Można w niej kupić sprzęt gospodarstwa domowego, samochody i niestety rownież rowery po mniej lub bardziej atrakcyjnych cenach. Choć praktycznie cały kilkudniowy pobyt w Punta Arenas upłynął mi pod znakiem szukania kupca na mój jednoślad, nie znalazł sie nikt kto chciałby go nabyć za rozsądna cenę. Zamieściłam ogłoszenie na chilijskim odpowiedniku allegro, dodałam posty na forum tripadvisora, a nawet rozwiesilam kilka ogłoszeń w okolicznych hostelach. Wszystko na próżno. Potencjalni kupcy oferowali maksymalnie połowę ceny wyjściowej.
Kiedy myślałam, że nic z tego nie będzie znalazła się osoba zainteresowana rowerem. Znacie to powiedzenie, że najciemniej zawsze pod latarnią? Otóż nowym nabywcą mojego pojazdu okazał się właściciel hostelu, w którym mieszkałam podczas pobytu w Punta Arenas :). Po krótkich negocjacjach zapłacił niemal tyle ile wynosiła cena wywoławcza, co w przeliczeniu na złotówki oznaczało, że sprzedałam rower za niemalmidentyczną kwotę za jaką go kupiłam. Nie jestem urodzonym handlowcem, ale w tym przypadku zadziwiłam samą siebie ;).

Dlaczego sprzedałam rower?

Nie miałam takiego zamysłu na początku tej podróży. Właściwie to wcale się nie zastanawiałam co będzie jak już dojadę do końca mojej trasy. Najważniejszym było dla mnie wyruszyć. Reszta miała się zdarzyć po drodze.
Myśl, że wcale nie muszę wracać z rowerem do domu zaświtała w mojej głowie dopiero w połowie trasy. A dlaczegóż by nie? Powrót do Santiago tym samym pojazdem nie wchodził w grę z braku czasu. Transport roweru z samego południa kontynentu, czyli ok. 3000 km, był bardzo kosztowny, a po drodze spotkałam dwóch chętnych na zakup, choć wcale ich nie szukałam.
Nie przywiązuję się do rzeczy. Dbam o nie, ale nie tęsknię za nimi, nie nadaję im imion, nie personalizuję, ani nie darzę przesadnym sentymentem. Z reguły. Jak łatwo się domyślić w tym przypadku było nieco inaczej, ale przecież mogę kupić nowy :). Z resztą w domu czeka na mnie moja damka. Ten sprzedany tak właściwie nie należał do mnie, więc dokonałam niemożliwego – zjadłam ciastko i mam ciastko 🙂

A dziś zaczyna się nowy etap mojej podróży.
Stopem na Ziemię Ognistą! Co Wy na to?

10 uwag do wpisu “Ruta nr 9 czyli koniec przygody z rowerem

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s