Chiny 2014

DATA: 14.03.2014-29.03.2014

TRASA: Pekin-Mutianyu-Szanghaj-Hangzhou-Szanghaj-Chengdu-Emei Shan-Leshan-Chengdu-Pekin

WPISY DOTYCZĄCE TEJ PODRÓŻY

1. Chiny welcome to!

2. Chiny 2014 – czyli Great FIRE Wall

3. Chińczyk w skrócie

4. Gdyby Adam i Ewa byli  Chińczykami nadal mieszkalibyśmy w raju…

5. Sztuka liczenia na palcach – czyli jak nie wpaść w chińską pułapkę

6. 5 wskazówek dla wyjeżdżających do Chin po raz pierwszy

7. 3 darmowe aplikacje, które pomogą przetrwać w Chinach

8. Miasto pachnące dziką jabłonią czyli historia pewnego mnicha

9. 1 dzień w Leshan czyli z wizytą u Wielkiego Buddy

10. Krok po kroku do Chin – czyli wiza w praktyce

11. Uwaga, naciągacze!

12. Chińskie informacje praktyczne

13. Tam, gdzie małpy lubią truskawki

GALERIA

 

RELACJA

Do kraju środka można się dostać różnymi drogami, między innymi bezpośrednio dreamlinerem LOT’u, ale po co sobie ułatwiać skoro można sobie utrudnić? Można przecież, zamiast do leżącej niemal po drodze Moskwy, lecieć do Frankfurtu i stamtąd dopiero startować do Pekinu. Jak postanowiłam, tak też zrobiłam. A tak naprawdę, połączenie przez ten olbrzymi niemiecki hub lotniczy było najbardziej rozsądne cenowo w zakresie dat, które akurat mnie wówczas interesowały.
Skończyło się na tym, że 15.03.2014 o godzinie 11:50 (miejscowego czasu) wylądowałam sprawnie po prawie 20-godzinnej podróży w ogarniętym szarym smogiem Pekinie.

DSC_0004
Na początek bułka z masłem. I wcale nie chodzi mi tutaj o pierwszy chiński posiłek. Nazwa Chiny – to brzmi groźnie. W końcu nie na darmo przyjęło się powiedzenie, jak coś jest niezrozumiałe i trudne do opanowania to tak jakby było po chińsku. Tak jest w istocie, bo dialekty, którymi posługują się obecnie mieszkańcy Państwa Środka nie wydają się możliwe do opanowania. Na szczęście ktoś dobrze wykombinował (z pewnością w trosce o miliny turystów, które odwiedziły ten kraj z okazji Igrzysk Olimpijskich w 2008 r.) i praktycznie wszystkie azjatyckie robaczki oznaczył na lotnisku także alfabetem łacińskim. Dzięki temu nawet świeżo upieczony turysta da sobie radę ze sztuką przemieszczenia się do centrum miasta. A dalej? Dalej też nie jest wcale tak źle jak mogłoby się wydawać. Sieć metra jest wspaniale rozbudowana i również oznaczona w języku angielskim. Poruszanie się po mieście nie stanowi zatem dużego problemu i wcześniej czy później trafimy we właściwe miejsce, zwłaszcza że większa część zabytków Pekinu stoi pobliżu stacji metra.
Stacja metra Qianmen, na której wysiadam znajduje się vis a vis najsłynniejszego miejsca w Pekinie – Placu Niebiańskiego Spokoju (Tiananmen). Zaraz za nim wznoszą się majestatyczne budynki Zakazanego Miasta – najważniejszego i niestety również najliczniej odwiedzanego miejsca chińskiej stolicy.

DSC_0156

Na kolejny dzień planuję krótkie zwiedzanie kompleksu Świątyni Nieba i okolicznego parku, więc dziarskim krokiem wędruję w kierunku wprost przeciwnym do największej atrakcji stolicy. Poruszam się wzdłuż deptaka Qianmen. Kiedyś stały tam klasyczne, chińskie hutongi. Niestety, tuż przed IO w 2008 r. władze republiki postawiły wyburzyć te małe dowody chińskiego ubóstwa, i wybudowano całkiem nowe, piękne i zdecydowanie reprezentacyjne budynki mające przecież świadczyć o dobrobycie i bogactwie. Takie tez odnoszę wrażenie spacerując wzdłuż bogato zdobionych kamienic i kolorowych wystaw sklepowych. Jest ładnie i kolorowo, ale czy autentycznie? To pytanie pozostawiam bez odpowiedzi. Wystarczy natomiast nieco zboczyć z prostej jak drut ulicy i naszym oczom ukarze się niezliczona ilość straganów, sklepików i rozłożonych naprędce kramików ze wszystkim i z niczym. Istny labirynt uliczek i alejek. Kolorowy zawrót głowy i niesamowite zagęszczenie ludzi na metr kwadratowy. To jeszcze nie Chiny, ale mały przedsmak tego co może nimi być 
Nie daję się jednak skusić na żadne pamiątki, ani egzotycznie wyglądające przekąski. Mówię im: Nie dziś. Jutro.
Dziś idę przed siebie. Prosto do hotelu, by chwilę później odwiedzić Świątynię Nieba.

Ale najpierw trzeba tam dotrzeć. Długa podróż całkiem mnie wyczerpuje, ale dzielnie odmawiam kolejnym rikszarzom, którzy co kilka metrów proponują przejażdżkę. Kiedy wyciągam przed siebie mapę jeden z nich mówi, że zawiezie mnie na miejsce za 3 CNY. Grzech nie skorzystać. No i grzeszę tym samym. Jedzie się całkiem przyjemnie. Wiaterek we włosach, ciężki plecak już nie wgniata w ziemię, mijani Chińczycy machają do mnie, a ja tylko siedzę i myślę jak to dobrze, że w końcu się zgodziłam na tą przejażdżkę. Nawet gestem dobrej woli chcę dać mojemu kierowcy 5 CNY zamiast 3 CNY. Jakie jest moje zdziwienie kiedy nie chce ich przyjąć tylko macha coś i nerwowo pokazuje coś dłońmi. Myślę sobie, że uczciwy z niego facet. Nie ma jak wydać i chce ode mnie drobne. Chyba nie musze mówić, że kiedy wyciąga spod siedzenia kartkę z napisanym po angielsku „cennikiem” trochę się dziwię. Kiedy przed jazdą pytałam czy na pewno chce 3 (słownie: trzy) juany, potwierdził, że tak: „One, two, three Miss”, pokazując dodatkowo tą ilość na palcach. Dziwnym trafem po dotarciu do hotelu okazuje się, że te 3 palce to 3 setki juanów a nie 3 sztuki juanów. Wiem, wiem, może jestem naiwna i w ogóle niewyrobiona ale czy to przestępstwo wierzyć ludziom?

Chcecie wiedzieć jak to się skończyło?
Nieszczęśliwie. Dla niego. Bo tym razem (a nie często się to zdarza) wspinam się na wyżyny mojej asertywności i kategorycznie odmawiam zapłaty tak dużej kwoty. No i tak stoimy przed hotelem. I krzyczymy na siebie. Chińczyk po chińsku, ja po angielsku, żeby Chińczykowi łatwiej było zrozumieć moje intencje, ale Chińczyk nie chce rozumieć. Dopiero magiczne słowo POLICE zdaje się otworzyć zamknięte drzwi. Chińczyk zaczyna trochę rozumieć angielski. Nie chce policji, ale juany jak najbardziej. Wokół zbiera się grupka ludzi zainteresowanych tą publiczną wymianą zdań prowadzoną w chinglish. Robi się międzynarodowo. Nikt nie reaguje, ale wszyscy się przyglądają. Nagle podchodzi kolejny Chińczyk i na jego widok riksiarz zaczyna uciekać. Niby wszystko super bo przecież nie zapłaciłam za kurs, ale jest mały feler. Chińczyk chce dać nogę z moim bagażem. Na szczęście zanim rozpędza swoją strzałę udaje mi się wywlec plecaki na ulicę. Myślę sobie: „Pięknie się zaczęło”.
Ale przynajmniej pojechał i mogę spokojnie iść do hotelu. Chyba już się domyślacie, że nie odpuścił tak łatwo, co? Wraca za 10 min kiedy stoję jeszcze przy recepcji. Na moje stanowcze „NIE” i groźbę wezwania policji do rozmowy włącza się recepcjonista. I wówczas co się okazuje? Że „mój” Chińczyk całkiem sprawnie operuje angielskimi nazwami liczebników. Potrafi już powiedzieć 30 i 300 nawet. Tylko wtedy zapomniał jakoś języka w gębie. Daję mu 15 CNY i w końcu się odczepia. Sama przejażdżka była warta tych suma summarum niedużych przecież pieniędzy, ale stres i napięcie przez nią wywołane już zdecydowanie nie. Kolejne wspomnienie do worka podróżniczych doświadczeń. Zwiedzanie Świątyni Nieba to czysta przyjemność. Wstęp kosztuje 35 CNY i naprawdę warto wydać te pieniądze, żeby pospacerować po tym pięknym parkowym kompleksie, poobserwować ludzi grających w karty lub śpiewające w grupkach kobiety, a na końcu zjeść wisienkę z tortu – czyli zobaczyć przepięknie zdobioną buddyjską świątynię pochodzącą jeszcze z czasów dynastii Ming.
Kolejny dzień upływa pod znakiem największych pekińskich atrakcji – placu Tiananmen i Zakazanego Miasta.

Kolejny dzień, kolejne wyzwania. Wstaję raniutko i zaraz po śniadaniu ruszam w kierunku Qianmen – kiedyś pełnej prawdziwych hutongów dziś już tylko turystycznej atrapy.

Wejście na teren Placu Niebiańskiego Spokoju to cała masa różnych kontroli. Kiedy w końcu udaje mi się wkroczyć na ten najsłynniejszy plac Chin wszędzie nieprzebrane tłumy chińskich i zagranicznych turystów. Ideologia Mao robi chyba nadal wielkie wrażenie gdyż praktycznie każdy pragnie mieć zdjęcie z obrazem tego chińskiego przywódcy. Skoro wszyscy to i ja  Niestety okazuje się to być całkiem trudnym zadaniem. Chińczycy średnio się garną, żeby zrobić mi zdjęcie lub po prostu nie rozumieją, że o to proszę. Kiedy w końcu udaje mi się kogoś namówić fotografia jest nieostra, a moja głowa zajmuje miejsce dokładnie tam gdzie powinna być uśmiechnięta twarz przywódcy. Metodą prób i błędów w końcu jest. Jakiś Chińczyk dał radę i nacisnął spust migawki dokładnie w takim kadrze jak chciałam. Po przejściu całego Placu dociera się finalnie do stanowisk sprzedaży biletów do Zakazanego Miasta. Dodatkowo przy samym wejściu (kilkanaście metrów za budkami) można wynająć audio guide (również po polsku!) z wbudowanym nadajnikiem GPS, który rejestrując nasze aktualne położenie uruchamia przewodnika. Rzecz bardzo przydatna i całkiem sprawnie skonstruowana.
Późnym popołudniem po zakończonym zwiedzaniu udaję się jeszcze na dworzec w celu zakupu biletów na pociąg relacji Pekin-Szanghaj, co by później się nie stresować i nie stać w kolejce przed samym odjazdem.
Być w Pekinie i nie odwiedzić Wielkiego Muru? To nie dla mnie ;). Do wyboru były 2 opcje. Zwiedzać Mur ze zorganizowaną wycieczką lub próbować dotrzeć na miejsce we własnym zakresie i tak też poruszać się po tej najbardziej znanej budowli Chin.
Zwyciężyła opcja samodzielna. Jeśli chodzi o finansową stronę całego przedsięwzięcia to obie wersje są porównywalne. Sęk w tym, że wycieczka z chińskim przewodnikiem mówiącym w chinglish dodatkowo doprawiona grupką chińskich lub innej maści turystów średnio mnie interesuje. Bynajmniej nie dlatego, że nie lubię jeździć w grupie. Moje oczekiwania co do Muru były po prostu nieco inne niż reszty gawiedzi nastawionej na obfotografowanie siebie na tle każdej cegły w Badaling.
Decyzja o wyjeździe do Mutyaniu (relatywnie mnie zatłoczone niż Badaling) zapadła dość szybko i już kolejnego ranka wyruszam na poszukiwanie autobusu do rzeczonego miejsca. Sprawa łatwa jak mogłoby się wydawać, w Chinach wcale taka nie jest. Okazało się, że autobus nr 867 (który wg różnych źródeł miał jechać do celu) wcale nie jedzie w tamtą stronę, przynajmniej wg kierowcy który z głośnym plaśnięciem zamyka mi drzwi przed nosem. Nie bacząc już nawet na czas, który marnuję szukając transportu znajduję się w punkcie wyjścia – czyli przed dworcową bramą. Ostatnim rzutem na taśmę ryzykuję przejazd autobusem nr 914, który teoretycznie jedzie do Haurou skąd już tylko chwilka taksówką do podnóża muru. Do pojazdu wchodzę bez biletu z nadzieją, że nabędę go u kierowcy. Udało się co prawda to karkołomne przedsięwzięcie, ale przeze mnie autobus ma lekkie opóźnienie. Wszystko przez to, że nie nauczyłam się wcześniej mandaryńskiego. 
I tak sobie jadę bez cienia nadziei na to, że zorientuję się gdzie wysiąść. Na szczęście opatrzność (albo raczej taksówkarze rządni zarobku) czuwa nade mną. Kiedy na mojej stacji docelowej zamiast wysiadać uparcie siedzę w środku jeden z taksówkarzy wchodzi do autobusu w poszukiwaniu takich biednych, zagubionych, niechińskich duszyczek i zgrabnym ruchem wyciąga mnie na zewnątrz. Negocjacje rozpoczynają się od 80 CNY, a kończą na 50 CNY. Ciężko powiedzieć czy to przepłacone, ale uznaję że 25 zł za 30-kilometrową przejażdżkę taksówką to kwota do przejścia. Kierowca okazuje się równie miły co uparty. Nie dociera do niego to, że wcale nie życzę sobie aby czekał na mnie przy murze. No ale cóż począć, gdy powiedzenie, że nadgorliwość gorsza nawet od faszyzmu nabiera tutaj nowego znaczenia. Chce niech czeka.
Zdobywanie muru rozpoczynam od wjazdu kolejką linową. Może i nazbyt wygodnie, ale w perspektywie jest jeszcze kilkugodzinny spacer po wcale nierówny terenie, decyduję więc że siły zachowam na później. Już z wagonika natomiast podziwiam widoki, które zapierają dech w piersiach, a przecież to było tylko preludium.

Dla tych co jadą do Chin, a ciągle się wahają czy odwiedzić Mur Chiński czy zrezygnować z niego na rzecz zabytków Pekinu podpowiadam – TRZEBA GO ZOBACZYĆ. Żadne słowa, zdjęcia, ani nawet filmy nie oddadzą uroku i atmosfery tego miejsca. Jest jedyne w swoim rodzaju i z pewnością warte hektolitrów potu, które wylejecie spacerując ciągle góra-dół-góra. Po około 5- godzinnej wycieczce ledwo żywa doczłapałam do wyjścia/wejścia na Wielki Mur i tam ku mojej uciesze spotkałam grupkę super-Polaków (pozdrowienia dla Was chłopaki), którzy namówili swojego przewodnika, żeby zabrał mnie do Pekinu razem z nimi :) Za uśmiech ;)
Poranna pobudka do najprzyjemniejszych rzeczy nie należy, chyba nikt w to nie wątpi. Jednak obawy przed dzikimi tłumami na pekińskim dworcu południowym wstałam o 5:00 i jak tylko udało mi się wynegocjować fakturę za pokój w hotelu pognałam w miejsce przeznaczenia – Beijing South Railway Station. Wrażenia? Nie było tak źle. Dworzec ogromny (o czym przekonałam się już podczas zakupu biletu), ale dobrze zorganizowany i całkiem dobrze oznaczony. Nie było problemu ze znalezieniem właściwej bramki biletowej, ani tym bardziej z odnalezieniem wagonu i miejsca, które przydzielono mi podczas zakupu biletu.
Odległość między Pekinem a Szanghajem to około 1500 km. Trasę tę pokonujemy w 5 godzin. Łatwo policzyć, że pociąg jechał ze średnią prędkością 300 km/h? Z racji dużej wygody, oferowanej przez chińskie koleje zupełnie nie czuje się tej ogromnej szybkości i gdyby nie przesuwające się w zastraszającym tempie obrazy za oknem można by uznać, że to „zwykły” pociąg 
Podsumowując tą podróż – chińskie pociągi są o wiele wygodniejsze niż polskie. Mają szerokie, rozkładane fotele i bardzo dużo miejsca na nogi, co przy niewielkich rozmiarach Azjatów robi naprawdę ogromną różnicę w porównaniu do naszego PKP. Podczas jazdy na monitorkach zawieszonych przy suficie wyświetlane są filmy (tym razem Legalna Blondynka). Co jakich czas pojawiają się Panie Chinki – pracownice kolei i proponują zakup napojów lub czegoś na ząb, a wkrótce po tym zbierają nagromadzone śmieci. Stacje kolejowe są dobrze oznaczone, a przed wjazdem na peron słychać komunikat (również w języku angielskim) o tym na jaka stację za chwilę wjeżdżamy.
Po zameldowaniu w hotelu wybieram się jeszcze na wieczorny spacer promenadą Bundu z widokiem na Pudong. Wrażenia gwarantowane. Pięknie oświetlona panorama szanghajskiej dzielnicy finansowej naprawdę zachwyca. Dodatkowo cudownie wyglądająca kolonialna architektura Bundu i można się zakochać w Szanghaju.

3 kolejne dni upływają pod znakiem Targów w szanghajskim centrum EXPO. Niby ogromne, ale jak na olbrzymie Państwo Środka całkiem przystępne i niezbyt rozległe. Wydawać by się mogło, że Chińczyk na targach to obywatel światowy i kulturalny – w końcu biznesmen. Niekoniecznie. Do metra wpycha się jak każdy inny rasowy obywatel Państwa Środka, a język angielski zna w takim stopniu jak ja chiński. Chiński biznesmen nie potrafi obsługiwać automatu do zakupu biletów na metro. Polak na szczęście potrafi. Kiedy podchodzę do stanowiska Chińczycy zamiast zagadywać nerwowo rozglądają się na boki, lub udają że są zajęci – byle tylko nie musieć rozmawiać po angielsku. Trzeci, a właściwie drugi pełny dzień w Szanghaju rozpoczął się od mocnej kawy w pobliskim McCafe. Niech żyje powszechna już chyba amerykanizacja świata! Kawka pyszna, w końcu z mlekiem i na poranny głód jak znalazł. Zaraz po skończonych targach biegiem na zwiedzanie miasta – i tak przez 3 dni.
Ledwo wychodzę na People’s Square spotyka trójkę Chińczyków proszących o zdjęcie. Prośbę spełniam i przy okazji zyskuję nowych chińskich przyjaciół – bez względu na to czy tego chcecie czy nie ;) Po krótkiej wymianie zdań, w bardzo dobrym jak na tutejsze wykonanie, angielskim udajemy się w kierunku starej herbaciarni na pokaz sztuki parzenia tego narodowego napoju mieszkańców Państwa Środka.
Gdybym była w stanie zapamiętać to wszystko czego się dowiedziałam i sfotografować to czego doświadczyłam należałoby stworzyć osobną relację. Niestety zdjęć robić nie mogłam, a pamięć choć dobra to krótka. W każdym razie było to jedno z najbardziej niesamowitych przeżyć jakich doświadczyłam do tej pory w Azji. Jeśli będziecie mieli kiedyś możliwość, aby uczestniczyć w takiej ceremonii nie wahajcie się ani chwili. Tylko uwaga na portfel :( Ja niestety straciłam kartę kredytową. Jak później wydedukowałam moi „przyjaciele” musieli się nią poczęstować. Zwłaszcza kiedy tak usilnie nalegali, że to oni zapłacą mój rachunek. Później wyczytałam w przewodniku, żeby uważać na takie nowe znajomości i niesprawdzone herbaciarnie, jeśli nie chcemy zapłacić rachunku opiewającego na kilkaset euro. Jak widać są już nowe sposoby na zarobienie trochę grosza. Zamiast naciągać na super-drogą herbatę można po prostu udawać, że nic nie kosztuje, a później cieszyć się z nowego plastiku :) Jak mawiał mój dziadek – człowiek rodzi się głupi i głupi umiera ;)
Reszta dnia upłynęła leniwie – na spacerach po Bundzie i Starym Mieście Szanghaju. Wrażenia – jak zwykle. Dzikie tłumy chińskich turystów próbujących się wepchnąć w każdy zakątek wolnej przestrzeni. Po co? Bo jest wolna przestrzeń. Trochę niechcący, a trochę z przypadku trafiłam do pięknego, urządzonego w chińskim stylu, ogrodu położonego gdzieś na obrzeżach starego Szanghaju. Yunan garden – bo tak po angielsku brzmi nazwa tego skrawka zieleni pośród betonowej pustyni jest niesamowicie klimatyczny i dający wrażeni przestrzeni, nawet tam gdzie jej nie ma.
Podobno głód jest najlepszą przyprawą świata. Dziś przyprawiłam nią to jadłam. Dobra ta przyprawa. Bez niej byłoby ciężko.

Następny dzień upływa pod znakiem podróży z Szanghaju do Hangzhou. Wydaje się Wam, że 3 godzinna podróż autokarem to tylko preludium do zwiedzania miasta? Nic bardziej mylnego. Sama podróż może być ciekawym przeżyciem. A jeśli ta podróż odbywa się w Chinach można być pewnym, że będzie też męcząca.
Po godzinnej batalii o uzyskanie faktury za hotel docieram na Dworzec Autobusowy – na szczęście rzut beretem od hotelu. Przezornie proszę wcześniej obsługę mojej noclegowni o spisanie w notesie chińskiej nazwy Hangzhou – kolejnej miejscowości na mojej liście do zobaczenia. Jak się okazuje był to całkiem dobry pomysł. Kiedy zjawiam się z kartką przy kasie, młoda Chinka prosi mnie tylko o pieniądze i po 3 minutach pojawia się z biletem i resztą w dłoni. Krótka kontrola bagażu i mogę już spokojnie oczekiwać na autobus.
Oprócz zwracania na siebie uwagi innymi rysami twarzy, furorę na dworcu robi kupiony przeze mnie pod Wielkim Murem kapelusz z bambusa. Nie ma na hali Chińczyka, który widząc mój nabytek nie zwróciłby na niego uwagi, tudzież dotknął lub pokazał kciukiem gest aprobaty. To utwierdza mnie tylko w przekonaniu – że to nie jest chiński kapelusz ;D
Krótko przed odjazdem zaczyna się boarding. Szybko i sprawnie ruszamy bez opóźnienia. W autobusie, jak to w Chinach – głośno, gwarno, tłoczno i parno. Na szczęście na miejsce docieramy o czasie i mogę się szybko przywitać z HANGZHOU.
W Hangzhou spędzam również kolejny dzień. Jest to całkiem spore miasto i niestety z okazji weekendu bardzo zatłoczone. Jednak jezioro wokół, którego skupia się towarzyskie życie mieszkańców jest naprawdę warte zobaczenia, a trekkingi warte odbycia :) Przez miasto przepływa bardzo stary (a więc zabytkowy) kanał. Warto wybrać się na spacer wzdłuż niego. Można wtedy poobserwować Chińczyków w ich naturalnym środowisku :)

Od rana intensywnie. Trochę pracy nikomu jeszcze nie zaszkodziło, więc skoro świt (albo skoro smog) biorę się za zaległe notatki służbowe. Około godziny 10:00 szybkie pakowanie, by niecałą godzinę później stawić się w hotelowej recepcji i znów żebrać o fakturę. Można się śmiać, ale otrzymanie tego dokumentu (albo coś na jego obraz i podobieństwo) wcale nie jest sprawą oczywistą i na pewno nie łatwą. Tak czy owak, po niemal godzinnych pertraktacjach, namowach, uśmiechach i w końcu nerwach dostaję to co chcę i mogę spokojnie ruszać w kierunku metra, a stamtąd na stację kolejową we wschodniej części miasta. Kiedy już tam docieram następuje 30-minutowa akcja pt. „Kupowanie biletu na pociąg” i mogę już wtedy spokojnie posadzić swoje dwa ciężkie plecaki i siebie przy okazji na siedzisku w pobliżu bramki check in-u 
Po przyjeździe do Szanghaju zmęczona chińską rzeczywistością włóczę się jeszcze po hotelowej okolicy, by w końcu zasnąć jak tylko Pani i Pan z pokoju obok przestają krzyczeć w uniesieniu (albo raczej drzeć się wniebogłosy) ;D.

Kolejne dni to wizyta w prowincji Syczuan.
W ramach obowiązków służbowych miałam okazję zobaczyć jak wyglądają chińskie przetwórnie rud metali. Jeśli wydaje się Wam, że to super-hiper nowoczesne hale zapełnione po brzegi drogim sprzętem i robo-pracownikami to jesteście w dużym błędzie. Fabryki, które oglądałam były stare i z pewnością pamiętały jeszcze czasy prześwietnego Mao, a dokładniej mówiąc – jego niemowlęctwo. W jednym z zakładów, które odwiedzałam pracuje podobno 400 osób. Z całej tej gromady widziałam może z dziesięć par wystraszonych chińskich oczu, które obserwowały każdy mój ruch z zakamarków pomieszczenia socjalnego . Sama fabryka wyglądała na opuszczoną i od lat nieużywaną, ale dzielnie udawałam, że nie ma w tym prawie nic dziwnego 
Nie wiem teraz czy to, czego doświadczyłam od moich gospodarzy później było gestem dobrej woli i chińskiej gościnności czy próbą zatarcia złego wrażenia, ale w pobyt w Syczuanie uważam za najlepszą część mojej podróży Najpiękniejszą krajobrazowo. I zdecydowanie najciekawszą. I najbardziej również męczącą.
Plany miałam ambitne. Bazując w Chengdu chciałam pojechać do Emei Shan City i zdobyć najświętszą górę Chin – Emei Shan. Przeznaczyłam na to 2 dni. Kolejnym etapem miała być podróż do Leshan i zobaczenie najwyższego na świecie (71 m) Buddy wykutego w skale. Na deser zostawiłam Rezerwat Pandy Wielkiej na obrzeżach Chengdu. Wszystko według mojego uznania jak najbardziej do wykonania, z małą nawet rezerwą czasową.
Co zrobił mój gospodarz (szef firmy, do której pojechałam) gdy wyjawiłam mu swój chytry plan? Najwidoczniej uznał, że a) Zwariowałam b) Zgłupiałam c) Obie te rzeczy jednocześnie. 
No bo przecież na górę trzeba WEJŚĆ!!! (Serio? :)) A to wysoko. No i pod górę. Zapadła więc decyzja, że wraz z asystentką szefa (a na czas delegacji MOJĄ asystentką :)) wjeżdżamy na Emei Shan kolejką. Ale ja obstaję przy swoim i ani myślę zrezygnować ze wspinaczki. Zatem ustalone. Zbiórka przed moim hotelem o 6:00 rano i jedziemy do punktu startowego. Pierwszego dnia wspinamy się na szczyt, nocujemy na górze i kolejnego dnia schodzimy w dół, tyle tylko że inną drogą.
No to czekam zwarta i gotowa na nadchodzącą przygodę i zjawia się w końcu Sabrina (tak prosiła się nazywać moja asystentka ) ubrana w wełniany sweter i jeansy (!) i ON – Pan Lju (z chustką na czole wygląda jak mistrz kung fu)
Pan Lju to także pracownik firmy, który dodatkowo uwielbia góry i na Emei Shan był nie raz, dlatego szef wytypował go na naszego (mojego i biednej Sabriny) przewodnika. Nie muszę chyba mówić jaka czułam się winna, że przez moje „widzimisię” dwoje ludzi ma 2 dni wyjęte z życia, bo MUSZĄ mi towarzyszyć podczas wspinaczki na górę. Jak się później okazało Pan Lju chyba bardziej żałował mnie niż ja jego, bo na szczyt góry prowadziło chyba z milion schodów. Miałam wrażenie, że umieram po drodze z 10 razy i kiedy wydaje mi się, że dalej już nie wejdę Pan Lju zarządza przerwę. W sumie całkiem sprawnie wychodzi mu ten wojskowy dryl, bo na drugi dzień zupełnie nie mam zakwasów. Za to widoki na szczycie są warte każdego wysiłku.

W zależności od wybranej drogi jest łatwiej lub trudniej, ale praktycznie cały czas idzie się pod górę schodami. Jest ciężko. Na dużej wysokości stężenie tlenu jest coraz niższe i organizm szybciej się męczy. Ale widoki są jedyne w swoim rodzaju. Po drodze spotykamy kilkanaście świątyń buddyjskich (w których nota bene można nocować za drobną opłatą lub za dobre słowo). Co kilkaset metrów mijamy góralskie chatki, rozpadające się już domostwa, w których nadal mieszkają ludzie. Można w nich odpocząć, zjeść coś ciepłego lub kupić przekąskę, albo prowizoryczne, metalowe raki na dalszą drogę (w przypadku opadów śniegu).
Mijamy dużo chińskich kobiet, które z okazji wspinaczki mają na sobie balerinki (to jeszcze ujdzie) lub buty na obcasie (za to już podziwiam). Panowie wybierają na ta imprezę głównie obuwie sportowe, ale wśród stylizacji króluje jeans i gruby sweter. Wiem, że każdy ubiera się tak jak mu wygodnie, ale błagam! To są góry! Jeśli będziecie się wybierać na tą wspinaczkę to załóżcie odpowiednie obuwie i jakiś lekki sportowy (trekkingowy) strój bo inaczej wypocicie całą wodę z organizmu, a ktoś kto zobaczy wasze zdjęcia uzna tą wspinaczkę za rekreacyjny spacerek, a zapewniam że tak nie jest.
Po drodze kilka razy spotykamy żyjące na zboczach Emei Shan małpy. Są szybkie i zwinne. I smakują im truskawkowe szminki. Nawet w opakowaniu. Raz nawet płacimy 5 CNY pewnej pani zaopatrzonej w kij, żeby w razie potrzeby odgoniła atakujące nasz naczelne. I w pewnym momencie nie żałuję tego wydatku, bo jedna z małp uczepia się mojego uda i zsuwając się w dół ściąga mi powoli spodnie. Na szczęście pani z kijem zareagowała i małpa sobie poszła – wyraźnie zniesmaczona takim traktowaniem 
Na szczycie góry jest kilka lepszych i gorszych hoteli (plus całe zaplecze gastronomiczne) , w których możemy spędzić noc. Warto wstać na wschód słońca, który robi niesamowite wrażenie.
Schodzenie jest jeszcze bardziej wyczerpujące niż wspinaczka. Pracują inne partie mięśni i to one dają się we znaki następnego dnia. Nie lekceważcie ich. Następne kilka dni to horror dla moich nóg. Nie pamiętam takiego bólu mięśni dwugłowych ud i łydek 
Ewentualnie można też skorzystać z pomocy tragarzy, którzy za bagatela 2000 CNY/ 1-2 godzin mogą na wnosić (schodzenie jest pewnie tańsze) do góry.

Po dwudniowej wyprawie na Emei Shan przyszła kolej na Dafo. Przydomek „Wielki” został nadany temu wykutemu w skale Buddzie nie bez przyczyny. Od stóp do głów posąg mierzy 71 metrów i robi naprawdę nieziemskie wrażenie. Oprócz niewątpliwych walorów widocznych na pierwszy rzut oka, Dafo jest też miejscem kultu buddystów, a co za tym idzie miejscem częstych pielgrzymek wiernych. W związku z tym oprócz tłumu „cywilów”, w okolicach gigantycznego posągu spotykam też rzesze mnichów, także tybetańskich, którzy do prowincji Syczuan mają „rzut beretem”.

DSC_0770
Co ciekawe wielu z nich (dla mnie zawsze kojarzących się ze skrajnym wręcz ascetyzmem) posługuje się całkiem sprawnie najnowszej generacji iPhone’ami i iPadami,  oprawionymi w cepeliowską skórę.  Warto wiedzieć, że Dafo, to nie tylko gigantyczny posąg, ale również ogromny kompleks parkowy, w którym możemy spędzić nawet kilka godzin wędrując wśród tropikalnej roślinności i niewielkich świątynnych budyneczków ukrytych wśród zieleni. Z pewnością warto zrobić sobie taki spacer, nie ograniczając się jedynie do zobaczenia Wielkiego Buddy. Jeśli wyjdziemy z parku wschodnią bramą natrafimy na typowo chińsko-wiejski przepiękny krajobraz i oryginalne hutongi z mnóstwem fantastycznych pamiątek i ciekawego jedzenia.

DSC_0886
Ze wschodniej bramy do głównego wejścia całego kompleksu jest kilka kilometrów. Pokonujemy z Sabriną tą trasę na rikszy, ale tym razem płacimy uczciwą kwotę – 15 CNY i w gratisie otrzymujemy także podrózkę pod mniej znany ale równie zachwycający posąg śpiącego Buddy.
Najbardziej z całej wycieczki zapamiętałam jednak pewną sytuację, która nawet towarzyszącą mi Sabrinę rozłożyła na łopatki.
Siedzimy obie we dwie w cieniu Wielkiego Buddy i sączymy powolutku nabyty przed chwilą soczek. Wokół naszej ławki odpoczywa kilkunastu mnichów ubranych w te swoje przepastne pomarańczowo-bordowe smokingi i skromne klapeczki. I tak sobie siedzimy. Ja ukradkiem obserwuję ich, oni spoglądają na mnie gdy myślą, że nie widzę, a czas płynie leniwie. W pewnym momencie moją uwagę przykuwa jakieś drące się wniebogłosy dziecko, ale kątem oka widzę też mnichów. Jeden z nich wyciąga wtedy iPada i jak gdyby nigdy nic pstryka mi zdjęcie, a gdy obracam głowę udaje, że robi coś ważnego i zupełnie ignoruje moje świdrujące spojrzenie. Pytam więc Sabrinę czy mi się tylko wydaje czy może niedługo będę zdobiła rodzinny album tego mnicha-paparazzo. Moje przypuszczenia się oczywiście się potwierdzają, ale dzięki temu mnisi zgadzają się też na zdjęcie ze mną. Do mojego albumu. 

DSC_0827
Swoją drogą to niezwykłe, że przeciętna Europejka może być nieprzeciętna w oczach kogoś kto sam jest niezwykły. I jeszcze na marginesie… Widzieliście kiedyś turystę, który chciał zdjęcie z księdzem? A przecież mnich to prawie jak ksiądz.

Stacjonując w Chengdu nie sposób pominąć jego największej atrakcji, która de facto leży jakieś 18 km od centrum miasta.
Podobno pandy są najbardziej aktywne rano, ale moim zdaniem nie ma nic bardziej rozczulającego na świecie niż właśnie taki leniwy czarno-biały misiek.


W kolejce do wejścia ustawiam się ok. godziny 11:00 i jak zwykle witają mnie tłumy. Niestety z racji swoich mieszkańców, rezerwat jest wprost idealnym miejscem dla rodzin z małymi dziećmi. Trudno tego nie zauważyć i nie usłyszeć. Nie uciekam z krzykiem na widok małych ludzi, ale uwierzcie, że po popołudniu spędzonym wśród gromady rozwrzeszczanych chińskich dzieci odłożyłam swoje plany macierzyńskie na bliżej nieokreśloną przyszłość. Sam rezerwat to bardzo duży zalesiony (zabambusowany?) teren z jeziorem pośrodku. Można się po nim poruszać piechotką lub skorzystać (za opłatą) z pojazdu na kształt i podobieństwo ciuchci na kółkach zgodnie z zasadą hop-on/hop-off. Cały kompleks można w spokojnym tempie obejrzeć w około 3 godziny. Poruszając się zgodnie ze wskazówkami na mapce (lub wszechobecnymi drogowskazami i tabliczkami informacyjnymi) mamy szansę zobaczyć dorosłe i małe pandy w różnych sytuacjach dnia codziennego. Niektóre śpią, inne spożywają, jeszcze inne się przechadzają, a przede wszystkie pozują do zdjęć. Czy tego chcą czy nie. Praktycznie każda panda wykazująca jakąkolwiek aktywność życiową inną niż chrapanie była dosłownie oblegana przez zwiedzających. W większości przypadków ciężko było cokolwiek zobaczyć z bliska, nie wspominając nawet o zrobieniu dobrego zdjęcia.
Bardzo ciekawym z mojego punktu widzenia zwierzakiem są pandy czerwone, również żyjące sobie w rezerwacie, na nieco innych warunkach niż ich czarno-biali bracia (i siostry).
Czerwone pandy są postury grubego lisa. Wylegiwanie na drzewie to ich ulubiona rozrywka, ale w ramach codziennych ćwiczeń lubią uciekać ze swoich (otoczonych metalową siatką) zagród i spacerować jak gdyby nigdy nic pośród zaskoczonych turystów. Miałam okazję obserwować jak taki jeden koleżka wymknął się niepostrzeżenie i urządził sobie spacer po alejce, na której akurat stałam. 
To był pierwszy raz kiedy widziałam na żywo pandy i zdecydowanie polecam wycieczkę do rezerwatu. Gdyby nie rzesze turystów mogłoby być nawet relaksująco :).

Rezerwat Pandy Wielkiej to ostatni przystanek mojej chińskiej podróży.

Było inaczej niż podczas moich dotychczasowych podróży. Czasem ciężko, a czasem zabawnie, ale jedno jest pewne – zapamiętam Chiny na długo :).

HOME

8 uwag do wpisu “Chiny 2014

  1. Pingback: Relacja z Chin już dostępna! | TRAVELERKA

  2. Czytając na początku wpisu historię z rykszarzem przypomniało mi się jak podczas mojego pobytu 2 czy 3 osoby z naszej grupy, na dworcu kolejowym skorzystały z usług tragarzy. Przy rozliczeniu okazało się, że 20 yuanów to była cena za jeden bagaż, a nie za wszystkie bagaże, jak im się wydawało. Też doszło do kłótni, ale nie wiem jak się to ostatecznie skończyło i ile trzeba było zapłacić 🙂

    Polubienie

  3. Pingback: Taka ze mnie powsinoga czyli podróżnicze podsumowanie 2014 roku | TRAVELERKA

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s