Stambuł 2014

DATA: 10.01.-13.01.2014

MAPA

WPISY DOTYCZĄCE TEJ PODRÓŻY

1. Metrem podróż międzykontynentalna

2. E-visa do Turcji

3. Stambulskie informacje praktyczne

4. Przepis na Stambuł w 3 dni

5. Rachatłukum i inne pamiątki

6. Wirujący świat Derwiszów

7. Bombowy napój z Bliskiego Wschodu

8. Wszystko co chcielibyście wiedzieć o Islamie ale boicie się zapytać

GALERIA

 

RELACJA 

Przejazd z azjatyckiego lotniska Sabiha Gocken do europejskiej części Stambułu to nie tylko podróż międzykontynentalna. To także trampolina do innego świata. Mimo całej nowoczesnej otoczki, jest to dziś niesamowita mieszanka orientu i modernizmu. Konserwatyzmu i wyzwolenia. Wschodu i zachodu. Religii i świeckiej rzeczywistości.

DSC_0308

Już na lotnisku widzimy niewielkie wydzielone pomieszczenie – to pokoik modlitw. Niby nic niezwykłego, ale stojące przed wejściem buty ewidentnie przypominają, że na dobre opuściliśmy chrześcijańską Europę. Przejazd do placu Taksim jest niemiłosiernie długi. Stambulskie korki to chyba jedyna rzecz, która nie podoba mi się w tym mieście.

Sposobów na dotarcie do Sultanahmet jest kilka. My wybieramy trasę dla oszczędnych laików – czyli nie najtańszą, ale na tyle prostą, żeby nie mieć szansy na zgubienie się w tym labiryncie nowych doznań i krętych uliczek.

Nad stolicą dawnego Bizancjum wstaje powoli słońce. Mijamy nieśpiesznie lśniące meczety i górujące nad nimi smukłe minarety.

Drugie zderzenie z otaczającą nas rzeczywistością ma miejsce w tramwaju zmierzającym do historycznego centrum. Nadchodzi czas aksam, więc symetrycznie rozmieszczone wokół świątyń głośniki drżą pod wpływem przeciągłych wezwań do modlitwy intonowanych przez muezinów. Gwar rozmów i kakofonię ulicznych klaksonów przerywa zawodzący i nieco hipnotyzujący głos. Od tej chwili ta orientalna melodia towarzyszy nam pięć razy dziennie, do końca naszego pobytu.

DSC_0003

Wysiadamy w Sultanahmet akurat w chwili kiedy rozpoczyna się popołudniowa adoracja. Rzesze wiernych muzułmanów klęczą przed jednym z mijanych meczetów i jak mantrę odmawiają słowa modlitwy. Co ciekawe widzimy tylko mężczyzn. Widocznie muzułmańskie kobiety nie są aż tak religijne lub zgodnie z zasadami Islamu modlą się w specjalnym wydzielonym miejscu. Mniej religijna część miasta tętni swoim codziennym życiem. Handlarze sprzedają przyprawy i pamiątki, dzieci śpieszą do szkoły,  biznesmeni zawierają kontrakty, a roześmiani turyści zwiedzają tutejsze zabytki.

Po drodze do hotelu kupujemy naszego pierwszego tureckiego keba(p)a J. Nie wiem czy to już znak czasów czy może jakaś kulinarno-historyczna naleciałość, ale danie, którym się raczymy ma w środku frytki (później wielokrotnie widzimy Turków jedzących „frytko-dogi” – czyli typową bułkę do hot-doga wypełnioną po brzegi frytkami).

Z hotelu wyruszamy prosto na spotkanie z największymi atrakcjami Stambułu – Błękitnym Meczetem i Hagia Sofia. Nic co wcześniej przeczytacie lub czego się dowiecie o tych zabytkach nie może się równać z możliwością zobaczenia ich na żywo. To niemal mistyczne przeżycie. Nie przesadzam ani trochę. Już sam ich rozmiar robi ogromne wrażenie, nie wspominając nawet o pięknych wnętrzach i ciekawej architekturze.

DSC_0011

DSC_0026

DSC_0031

Do meczetu wchodzimy boso, buty niosąc w otrzymanych przy wejściu torebkach. O bliskości Sali modlitw pierwszy informuje nas zmysł węchu. Wszechobecny aromat zatęchłych skarpetek to chyba znak rozpoznawczy każdego meczetu. Oczywiście im dalej od podłogi tym można by rzec mniej aromatycznie dlatego z całą stanowczością twierdzę – wysocy mają lepiej w życiu J Kiedy już przywykniemy do tego islamskiego kadzidła możemy nacieszyć oczy tym co oferują muzułmańskie świątynie. I tu niespodzianka. Oprócz kolorowych witraży i zdobnie wykaligrafowanych ścian nie ma tu w zasadzie nic do czego przywykliśmy oglądając europejskie świątynie. W oczy najbardziej rzuca się całkowity brak obrazów i posągów. Jest za to ogromna przestrzeń wyściełana mięciutkim dywanem. Swoją drogą ciekawy jest fakt, że Islam w tej czy innej formie rozwinął się w większości na obszarach o ciepłym, jeśli nie upalnym klimacie. A teraz wyobraźcie sobie Pasterkę na bosaka, kiedy na zewnątrz panuje piętnastostopniowy mróz.

DSC_0046

DSC_0069

Sadzę, że najbardziej zdumiewające w tym mieście jest niesamowite nagromadzenie meczetów. Jedne – imponujące, zwieńczone kopułami, dominujące w krajobrazie, inne- maleńkie, wtopione w otoczenie, gdyby nie ołówkowe minarety byłyby prawie niezauważalne. Część z nich była kiedyś świątyniami chrześcijańskimi, ale po zwycięstwie Osmanów zostały przerobione na muzułmańskie. Wiele z tych meczetów nie pełni już roli obiektów religijnych, ich wyjątkowość sprawiła, że stały się po prostu znakomitymi pomnikami kultury tureckiej. Idealnym tego przykładem jest Świątynia Mądrości Bożej czyli po naszemu Hagia Sofia.

DSC_0060

Oglądanie tego co Sultanahmet ma do zaoferowania trwa praktycznie cały dzień. Mimo że odległości są niewielkie, o zmierzchu nogi odmawiają posłuszeństwa. W brzuchu burczy, a mózg domaga się kofeiny. Jedynym rozsądnym wyjściem (z punktu widzenia kogoś kto za nic ma normy zdrowego żywienia) wydaje się być obfita kolacja i dobra turecka kawa. Wbrew pozorom nie łatwo tego doświadczyć. Sultanahmet jest komercyjny do granic możliwości, a co za tym idzie drogi i nastawiony na niezbyt wymagających turystów. Ciężko nam znaleźć klimatyczną knajpkę z rozsądnymi cenami. Kiedy w końcu widzimy światełko w tunelu baraniny i parującej herbaty, musimy odstawić na bok marzenia o ciepłym kąciku w zaciszu restauracyjnej niszy. Nasza upatrzona jadłodajnia jest niestety na zewnątrz, a stambulski styczeń nie rozpieszcza wieczornymi temperaturami.

DSC_0102

Tak czy owak MUST SEE Stambułu odhaczone. Kebaby już się trawią, a kawa mimo że mocna i gorąca przegrywa w walce ze zmęczeniem. Czas spać. I spało by się długo gdyby nasz hotel nie stał tak blisko meczetu. Mniej więcej o 6:00 muezin wzywa na modlitwę. Zaproszenie odrzucone. Śpimy dalej.

Kolejny dzień, nowe wyzwania. Plany planami, ale pogoda wie lepiej więc zgodnie z aktualną aurą zamiast na podbój meczetów wypływamy w rejs. I to nie byle jaki.  Międzykontynentalny. Rejs po Bosforze kosztuje tyle ile zdołamy wytargować. Nigdy się nie dowiemy czy przepłaciliśmy czy ograbiliśmy z zysku handlującego wycieczką Turka. Śmiem twierdzić, że to pierwsze, choć cena wyjściowa była i tak 2 razy wyższa. Łabędzim pędem zostajemy skierowani do stojącej nieopodal furgonetki, która dowozi nas na drugi brzeg Złotego Rogu. To tu zaczyna się 2 godzinny rejs. Przewodnik, a i owszem jest. Mówi po angielsku? A mówi. A mikrofon ma? Ma – działający w promieniu 1 metra. No cóż, mówi się trudno i bierze się pod pachę przewodnika. Książkowego 🙂

Sam rejs upływa w naprawdę przyjemnej atmosferze. Jest słonecznie i ciepło, po statku chodzi Pan i roznosi herbatę w  tulipanowych szklaneczkach. Herbata jest bardzo dobra, i jak się potem okazuje kosztuje 2 TRY 🙂

DSC_0188

DSC_0302

W ramach tej samej wycieczki zostajemy wyokrętowani w pobliżu miejskiej kolejki, która zabiera nas na wzgórze, z którego podziwiamy cudowną panoramę Stambułu. Wjazd kolejką kosztuje 3 TRY, wchodzi się na żeton (do kupienia na stacji). Nasz przewodnik zainkasował od każdego po 5 TRY (niewiedza kosztuje), a podczas przechodzenia przez bramki przykładał swój odpowiednik karty miejskiej, każdorazowo płacąc po 1,95 TRY 🙂 A mówi się, że Polacy to kombinatorzy. Powinniśmy się uczyć od Turków 🙂 Jeśli ktoś myśli, że pozostałe pieniądze wykorzystał na nasz zjazd kolejka to się myli. Zeszliśmy na piechotę 🙂 Ale co to było za zejście! Po drodze mijamy typowy muzułmański cmentarz. Jedyna, drobna różnica pomiędzy tą a inną turecką nekropolią zawiera się w cenie pojedynczego miejsca pochówku. Na stambulskim wzgórzu kosztuje ono „zaledwie” 50 000 USD. Kiedy już pozbieraliśmy szczęki z chodnika ruszamy dalej w kierunku nadbrzeża. Stamtąd kierujemy się do Sultanahmet by na zakończenie dnia zatopić się w niekończonym labiryncie bazarów – Wielkiego i Korzennego.

DSC_0407

DSC_0433

Podczas tego wyjazdu zdążyliśmy jeszcze odwiedzić kilka meczetów, zagrać w karty na Placu Taksim, dotrzeć do wieży Galata i pałacu Dolmabahce, zjeść tony kebabów i wypalić sheeshę. Targowaliśmy się zawzięcie o skórzane kurtki, których i tak nie kupiliśmy pomimo „crazy price”, wypiliśmy sahlep i spróbowaliśmy setki tureckich smakołyków. I mimo wszystko pozostał niedosyt. Stambuł to miasto-olbrzym. Nie sposób go zwiedzić w 3 dni. Nie da się tego zrobić nawet w tydzień, ani w miesiąc. Ale to dobrze. Jest powód by wrócić.

DSC_0468

HOME

4 uwagi do wpisu “Stambuł 2014

  1. Pingback: Taka ze mnie powsinoga czyli podróżnicze podsumowanie 2014 roku | TRAVELERKA

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s