Santiago na godziny

Nie wyobrażam sobie mieszkać z dala od wielkiego miasta, ale paradoksalnie na dłuższe wyjazdy wybieram miejsca, gdzie to człowiek ustępuje naturze, a nie odwrotnie. Metropolie mnie męczą. Wysysają energię i osaczają nadmiarem WSZYSTKIEGO. Dlatego wybrałam Chile. Tutaj przyroda gra pierwsze skrzypce. Góry, jeziora, wulkany i nieokiełznana niczym dzikość. Wolność i otwarta przesteń. A że trochę popada czy zawieje? Nikt przecież nie obiecywał, że będzie latwo…

Wszystko to na wyciągnięcie ręki, tuż za bramą zwaną trochę po męsku – Santiago. Nie trzeba mieć specjalnego klucza, żeby wyjść za to ogrodzenie. Chilijska stolica, mimo że nie rzuciła mnie na kolana, jest jedną z bardziej przyjaznych metropolii, które dane mi było poznać. Nie otumania, nie przytłacza kosmopolitycznym wyglądem ani nie oszałamia mnogością bodzców. Ot, po prostu takie sobie duże miasto, ani brzydkie ani ładne. Pozwala w bezstresowy sposób zaaklimatyzwać się w południowoamerykańskiej rzeczywistości i w płynny sposób przejść do nowego otoczenia.

Czy już wspominałam, że lawirowanie w tłumie podróżnych z dwoma plecakami i rowerem w pokrowcu na dokładkę to wyzwanie godne hybrydy Pudziana z Houdinim? Niestety zarówno do jednego jak i do drugiego sporo mi brakuje, ale znalazłam na to inny sposób. Przepis jest prosty.

Wystarczy zacząć pisać bloga. Może być podróżniczy, nawet lepiej. W jednym z tekstów warto wspomnieć, że się jedzie do Chile i że z rowerem. No i że samotnie (żeby wzbudzić litość wśród ewentualnych przyszłych czytelników). A potem wystarczy już tylko poczekać, aż ktoś, poszukując wiadomości na temat kraju, do którego się wybierasz znajdzie Twój blog, tudzież wujek Google poprowadzi go prościutko do odpowiedniego wpisu.

W ten sposób poznałam duet Jerzy i Jacek. Najpierw mailowo, pózniej telefoncznie, a w końcu osobiście na berlińskim Teglu (Tegelu? Halo! Czy jest wśród nas prof. Miodek?).

Tak nam się świetnie rozmawiało, że w efekcie postanowiłam jechać wraz z nimi do centrum i wspólnie poszukać jakiegoś przybytku dumnie zwanego hostelem. Znalezliśmy motel. Po niemal 20-godzinnej podróży, o 1:00 w nocy lokalnego czasu zupełnie nie zwróciłam uwagi na cennik – nie za dobę, a za godzinę. Wszechogarniająca potrzeba snu była wszystkim, o czym w tamtej chwili marzyłam. Zrozumiałam, o co w tym wszystkim chodziło dopiero o 4:00 nad ranem, kiedy bardzo jednoznacznie dzwięki z pokoju obok wyrwały mnie z całkiem już głebokiego snu :).

Tym sposobem już o 6:00 rano zabrałam się za składanie mojego krążownika szos, który w zamierzeniu ma pokonać patagoński żywioł :).

Jeden dzień w Santiago to za mało, żeby poznać to miasto. To za mało, żeby poznać choćby jedną jego dzielnicę. Warto jednak spróbować.

Znajdziecie tam kolonialne centrum, binesowe wieżowce i nieco bardziej odległe, artystyczne zakamarki pełne niesamowicie kolorowych murali i szeroko rozumianego street artu.

image image image image image

Miasto jest dość łatwe w nawigacji i nawet geograficzny analfabeta powinien sobie w nim poradzić :).

Co robiłam w Santiago? Włóczyłam się krętymi uliczkami w okolicach Plaza de Armas (czyżby WSZYSTKIE południowoamerykańsskie centra miały tę samą nazwę?), wjechałam na okoliczne wzgórze, żeby oswoić miasto, zjadłam kapitalnego łososia na ulicy Brasilia i sfotografowałam niemal wszystkie mijane murale. Mało? No dobra, przejechałam się jeszcze metrem i wspięłam na wyżyny własnych umiejętności detektywistycznych szukając Starbucks’a – w moim odczuciu Shangri La dla uzależnionyh od internetu :).

Póznym wieczorem (22:00) złapaliśmy nocny autobus do Puerto Montt i tym samym relaksująca aklimatyzacja w Chile została zakończona :). Nadszedł czas na przygodę.

Ten wpis dedykuję Wam chłopaki – J&J. Serdeczne dzięki za wszelką pomoc, ciepłe słowa i świetne towarzystwo w drodze :).

6 uwag do wpisu “Santiago na godziny

  1. Obok litości pewnie taka informacja budzi zaciekawienie. Cóż rower i dwa bagaże brzmi osobliwie, zwłaszcza gdy zestawimy ten ekwipunek z kobietą. Potwierdzasz fakt, że kobiety same świetnie potrafią sobie dać radę – duży plus za to 🙂 Co do Santiago to z chęcią zobaczyłabym więcej zdjęć, murale bardzo fajne. Czekam na dalsze relacje z podróży 🙂

    Pozdrawiam!

    Polubione przez 1 osoba

    • 🙂 Wiecej zdjec bedzie jsk wroce. Niestety mam dosc ograniczone moxliwosci korzystania ze zdobyczy techniki takich jak porty USB i komputery 🙂 Ale bede sie starac 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s